środa, 30 lipica 2008
13. Za potrzebą zmianPo wiejskiej drodze, tak rzadko uczęszczanej, że pokryła ją trawa, spokojnie szedł kot. Nagle rozległ się trzask i zwierzę pognało do przodu, by schronić się w kryjówce.
Albus minął drewnianą tabliczkę. Zaświecił różdżką, by odczytać napis: Meathook. A więc aportował się we właściwe miejsce.
Marsz trwał dziesięć minut, w końcu dotarł do celu. Była nim trochę zaniedbana, nieduża wiejska posiadłość. Dumbledore pchnął skrzypiącą furtkę i wszedł do ogrodu. Światło, dotychczas palące się w pokoju na dole, zostało zgaszone. Nastąpiła zupełna ciemność. Dumbledore kroczył jednak śmiało i zatrzymał się przy drzwiach frontowych. Nie zdążył zapukać, a już mu je otworzono. Światło znów się paliło i teraz oślepiało go, nagle wynurzające się z gęstej ciemności. Poznał jednak po głosie gospodarza, że stoi twarzą w twarz z osobą, z którą właśnie pragnął się zobaczyć.
- Witaj, Albusie! - zawołał wesoło Elfias Doge. - Widziałem cię z okna, poznałem cię bez trudu po sposobie, w jakim chodzisz. Co cię do mnie sprowadza o tej porze? Wejdź, proszę!
Albus wkroczył do ciepłej, oświetlonej kuchni, w której unosił się zapach szykowanej strawy.
- Masz szczęście, że mnie zastałeś - rzekł Elfias. - Wczoraj wróciłem z Egiptu.
- Dwa tygodnie temu otrzymałem od ciebie list, w którym pisałeś, że wracasz dwudziestego siódmego listopada - powiedział Dumbledore.
Doge uśmiechnął się.
- Bingo - oznajmił. - Więc wiedziałeś, kiedy przyjść. Chodź do salonu, nie będziemy siedzieć w kuchni.
Albus udał się za Elfiasem do przytulnego, choć nieco zagraconego pokoju.
- Siadaj - rzekł do Albusa Elfias, wskazując mu fotel. Sam usiadł na brzegu kanapy. - Przyjacielu, muszę powiedzieć, że wyglądasz na człowieka, który ma kłopoty. Zgadłem?
Dumbledore rozłożył dłonie.
- Czy faktycznie wyglądam na człowieka z kłopotami, tego nie wiem. Musiałbyś podać mi lustro - próbował zażartować Dumbledore. - Ale zgadza się, mam kłopoty. Chyba wszyscy mamy.
Elfias usiadł głębiej na kanapie.
- Myślałem, że będę mógł zdać ci relację z mojej wyprawy do Egiptu, ale widzę, że nie nastąpi to dzisiejszej nocy - stwierdził, utkwiwszy czujne spojrzenie w Albusie. - Mów, co się stało.
Dumbledore usiadł głębiej w fotelu i westchnął, przygotowując się do długiej opowieści.
- Chodzi o nowego dyrektora Hogwartu - powiedział Dumbledore.
- Ach... - Elfias zrobił zasmuconą minę. - Przykro mi, że nie udało ci się. Wszyscy uważaliśmy, że tobie należy się to stanowisko. Razem doszliśmy do wniosku, że członkowie Rady Nadzorczej widocznie są niekompetentni, odrzucając twoją kandydaturę.
- Dziękuję, Elfiasie - rzekł Albus. - Z tą porażką jestem w stanie sobie poradzić. Pamiętasz jednak, jak niejednokrotnie opowiadałem ci o tym człowieku, nauczycielu obrony przed czarną magią?
- A jakże, pamiętam.
- Byłem pierwszym z naszych, który go zobaczył. W mugolskim sierocińcu. Już jako dziecko wzbudził we mnie silny niepokój, bacznie obserwowałem jego rozwój. Chłopak skończył Hogwart jako prymus, odrzucił propozycję pracy w ministerstwie i zatrudnił się jako subiekt w podejrzanym sklepie sprzedającym nierzadko groźne i czarnomagiczne przedmioty. Po krótkim czasie zniknął. Podobno podróżował, między innymi po Albanii. Dzięki temu, że utrzymuję przyjazne stosunki z wszelaką, delikatnie mówiąc, marginalną społecznością czarodziejską, dochodziły mnie słuchy o jednoznacznie złych poczynaniach Riddle'a. Aż nagle, po dziesięciu latach, Riddle wraca do Hogwartu ponownie prosić o posadę nauczyciela. Otrzymuje ją. Widujemy się dzień w dzień, przez osiem lat. Zawsze widzę jego spojrzenie, pałające nienawiścią do mnie. I gładko wygrywa ze mną konkurs na dyrektora szkoły. W szczegóły nie wnikam; obawiam się tylko, czy nie skrzywdził kogoś przez swoją żądzę.
- Cóż, przyjacielu - rzekł smętnie Elfias. - Obawiam się, że jego gra mogła być nieczysta.
- A teraz pozbył się mnie z Hogwartu - oświadczył Albus.
Doge zerwał się na równe nogi. Jego ciemna czupryna zafalowała.
- Co? - zawołał z niedowierzaniem. Dumbledore wolno pokiwał głową, potwierdzając swoje słowa.
- Dziś wieczorem zwabił mnie do swojego gabinetu - powiedział. - Było tam ukrytych dwóch z jego bandy. Wiesz, śmierciożerców, tak na siebie mówią. I zaatakowali. Przypuszczam, że Riddle chciał mnie zabić.
- Zabić swojego podwładnego we własnym gabinecie? Toż to największa głupota!
- Och, Riddle napewno dobrze to przemyślał - żachnął się Dumbledore. - W każdym razie udało mi się uciec z tego gabinetu. Gdy sam go zdemolował.
- Po cóż go zdemolował? - spytał Elfias. - Chciał to potem zrzucić na ciebie? Że ty go zaatakowałeś?
- Z całą pewnością.
- Co dalej, Albusie? Uciekłeś z tego gabinetu. Ścigał cię?
- Tak, z jednym śmierciożercą, bo drugiego udało mi się oszołomić jeszcze w gabinecie. Krzyczał na cały Hogwart, że mam się zatrzymać, bo powiadomi ministerstwo o przestępstwie. Potem nakazywał innym nauczycielom, by pomogli mu schwytać mnie.
Elfias zaklął, rozgniewany.
- To w głowie się nie mieści. Takie zachowanie.
- Ledwo zgubiłem tego Dołohowa - ciągnął Albus. - Od razu postanowiłem teleportować się do ciebie. Nie mam już żadnych wątpliwości, że Riddle jest zagrożeniem dla wszystkich. Szczególnie narażeni są uczniowie Hogwartu. Trzeba bić na alarm.
- Oczywiście... - przytaknął gorliwie Doge.
- Musimy powiadomić naszych druhów, wszystkich, którym można zaufać - rzekł stanowczo Dumbledore. - Stworzymy ruch oporu. Konspiracyjny.
- Nie można by powiadomić ministerstwa?
Albus pokręcił głową.
- Obawiam się, że Ministerstwo Magii nie jest już instytucją godną zaufania - powiedział. - Riddle może mieć tam swoich ludzi. Zresztą napewno już zgłosił tam rzekome przestępstwo, którego się dopuściłem. Już on to zrobi tak, żeby mnie skompromitować. Żeby mnie zniszczyć. Rozumiesz? Nie wystarczyło mu zwyczajnie zwolnić mnie. Chciał odebrać mi życie. A skoro mu się to nie udało, chce je uczynić dla mnie gorzkim i nieznośnym. Pragnie, bym stał się wyrzutkiem, by odwrócili się ode mnie wszyscy.
- Tak nie będzie, przyjacielu - zapewnił go Elfias, kładąc mu rękę na ramieniu. - Dopilnuję, by nikt nie rzekł złego słowa na ciebie.
Albus chwycił dłoń Elfiasa i uśmiechnął się do niego.
- Dziękuję ci - powiedział. - Wolałbym jednak, abyś swe siły skupił na przekonaniu kogo się da, że nowy dyrektor Hogwartu jest realnym niebezpieczeństwem dla całej społeczności czarodziejów. Bo on w końcu zechce podbijać więcej, skoro ma już mury Hogwartu.
Nastała cisza. Obaj przyjaciele siedzieli milczący i zamyśleni.
- Albusie - nagle odezwał się Doge. - Nie wszystko stracone. Idź do ministerstwa, niech dokonają ekspertyzy twojej różdżki. Zobaczą wtedy, że to nie ty zdemolowałeś gabinet. Że nie użyłeś zaklęcia niszczącego ani nie wywołałeś żadnej eksplozji. I, co więcej, nie rzucałeś Morderczego Zaklęcia. Będą musieli to uznać i cię uniewinnić, nie pomogą Riddle'owi żadne wtyki!
Dumbledore posmutniał.
- Nie - rzekł.
- Dlaczego?
- Nie mogę.
- Wyjaśnij mi!
Albus już otworzył usta, by coś odpowiedzieć, gdy w okno salonu zastukała wielka, puchata sowa. Elfias zerwał się, by ją wpuścić. Sowa wleciała przez otwarte okno i usiadła na poręczy fotela Dumbledore'a.
- Do mnie? - szepnął Albus i odczepił liścik od nóżki sowy. Był od Hagrida.
Szanowny Panie Psorze,
Co to za menda parszywa, już nie będę komentować. Taki numer odpicować. Już nie tylko Pan jesteś poza Hogwartem. Pewnie wszyscy już się pakują, oprócz Ślimaka. Wywalił ich za nieposłuszeństwo. Nikt nie pomagał mu ścigać Pana Psora. Guma Drooblesa wie, po kiego grzyba chce zatrzymać Ślimaka.
W każdym razie ja się mu postawiłem, i to fest. Nie będzie mi tu parch jeden złorzeczyć na Dumbledore'a. Pobiłem jego śmierciożercę i nawiałem, a on krzyczał, że oskarży mnie w ministerstwie o udzielanie pomocy w Pańskiej ucieczce. Także oba my jesteśmy teraz wyjęci spod prawa.
Panie Psorze. Skoro więc i Pan, i ja jestem jakby zbiegiem, zaszczytem najwyższym byłoby dla mnie, byłego gajowego, silnego chłopa, dołączyć teraz do Pana zacnej osoby. Trzeba zaradzić, co i jak. No nie można dzieciaków bidnych samych zostawić z tym ciemnym typem.
Wyrazy największego uszanowania,
Rubeus Hagrid
Uśmiech pojawił się na twarzy Albusa. Elfias bez słowa podał mu kawałek pergaminu i pióro. Profesor transmutacji nakreślił krótką odpowiedź i przywiązał liścik do nóżki sowy. Ptak odleciał przez otwarte okno.
- Hagridzie, dołącz do nas prędko - powiedział Albus, szczerze ucieszony.
*
W Hogwarcie panowała napięta atmosfera. Po wydarzeniach na błoniach wszyscy nauczyciele jak jeden mąż powrócili do swoich gabinetów, by spakować rzeczy. Także Slughorn.
Kettleburn odwiedził profesor Kidney. Nauczycielka zaklęć nie zakończyła jeszcze zbierania swoich rzeczy; zdawało się, że w ogóle nie zaczęła tego robić. Słabe światło sączyło się z lampki. Profesor Kidney siedziała przy biurku ze spuszczoną głową, opartą na łokciach. Kettleburn bez słowa podszedł do niej i dotknął jej ramienia. Ciałem nauczycielki wstrząsnął szloch.
- To nie może być prawda - wydusiła z siebie. - To jakiś... jakiś żart. Tom był moim uczniem. Nie może mnie tak po prostu teraz wy-wyrzucić!
I rozpłakała się na dobre. Kettleburn westchnął. Usiadł naprzeciw niej.
- Spójrzmy prawdzie w oczy - powiedział. - Nastały dla Hogwartu złe czasy. To nie będzie dobry dyrektor.
Profesor Kidney podniosła na Kettleburna zaczerwienione, załzawione oczy.
- Nie mogę w to uwierzyć - rzekła stłumionym głosem. - Wszyscy byliśmy jego nauczycielami. Wszyscy. Z szacunku do nas nie zrobi tego. Nie wręczy nam zbiorowego wymówienia. Skąd on weźmie nowych nauczycieli?
Kettleburn pokręcił z rezygnacją głową.
- Nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie w świetle tego, jakim nam się pokazał dzisiejszej nocy - stwierdził. - Zaszczuł Dumbledore'a. Musiał to zrobić. Chyba nie wierzysz, że to Albus chciał go zaatakować?
- Nie - westchnęła profesor Kidney. - W to nie uwierzę.
- Wiesz co? - rzekł Kettleburn, a jego twarz przybrała jakiś twardy, godny wyraz. - Ja i tak bym stąd teraz odszedł. Na znak protestu. Że on tak potraktował Albusa. Bez żadnej przyczyny.
- Jakaś przyczyna musiała być - pisnęła profesor Kidney. - A pomyśl, co będzie z tymi dzieciaczkami?
I znów zapłakała.
- Coś się wymyśli - powiedział niezbyt przekonanym głosem Kettleburn. - Ministerstwo nie pozwoli na tak wielkie rewolucje w Hogwarcie.
Tymczasem Horacy Slughorn miotał się w swoim gabinecie. Na zmianę pakował i rozpakowywał swoje rzeczy.
Riddle powiedział wyraźnie, że zwalnia wszystkich prócz Slughorna, powtarzał sobie w głowie.
A przecież nie byłem wcale lojalny wobec niego. Przypadek. Wyszedłem z zamku i natknąłem się na niego. Stałem w szeregu z nim, gdy nadeszli pozostali nauczyciele. Czyżby myśleli, że już stałem się jego podnóżkiem?
Jeśli tak, to są w błędzie, rzekł stanowczo w duchu i zatrzasnął wieko kufra. Usiadł.
A jednak jest mi tu dobrze. Tyle lat spędziłem w Hogwarcie. Miałbym szukać dla siebie nowego miejsca? Będąc na półmetku życiowym? To straszne. Nie dam się wygwizdać.
Wstał.
Mimo wszystko, poczucie przyzwoitości każe mi solidaryzować się z resztą pedagogów, myślał.
A i sam Dumbledore. Czym on mu zawinił? I co by powiedział, gdyby dowiedział się, że jako jedyny zostałem? Że Riddle chciał mnie zatrzymać?
Jakaś lampka zapaliła się w umyśle Horacego.
No właśnie! Przecież to ON chce mnie zatrzymać. JA tu nie chcę zostawać. To JEGO decyzja, do której muszę się dostosować.
Uniósł różdżkę, kufer otworzył się, a rzeczy Slughorna wyfrunęły z niego i ułożyły się na swoich miejscach.
Tylko czego ten Riddle może ode mnie chcieć?
*
Voldemort przywrócił swój gabinet do ładu. Postanowił od razu przystąpić do działania.
W pierwszej kolejności przygotował raport dla Ministerstwa Magii, w którym opisał niezrozumiały atak na swoją osobę zorganizowany przez Albusa Dumbledore'a, jego rychłą ucieczkę z terenów Hogwartu (co równocześnie jest rozumiane jako jego rezygnację ze stanowiska nauczyciela transmutacji) oraz swoje uzasadnione przypuszczenia, jakoby Rubeus Hagrid, gajowy Hogwartu, miał pomóc zbiec niedoszłemu zabójcy, co także czyni go poszukiwanym przestępcą.
Voldemort odczytał pismo w całości, uśmiechnął się. Zadowolony, złożył podpis (Lord Voldemort, dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart) i zalakował pergamin. Odłożył go na bok. Teraz w kilkunastu egzemplarzach musiał stworzyć wymówienia dla wszystkich nauczycieli, prócz Slughorna, który - jak mu się zdawało - jako jedyny mógł skusić się i stanąć po stronie Voldemorta, niźli Dumbledore'a. Dyrektor spisał jeden egzemplarz, a następnie skopiował go kilka razy za pomocą zaklęcia. Jutro z samego rana wręczy je nauczycielom i rozliczy się z nimi.
Została mu jeszcze jedna rzecz do napisania. Chciał, aby zostało to opublikowane w
Proroku Codziennym, zanim zdążyłaby roznieść się jak zaraza atmosfera niepokoju w społeczności czarodziejów.
OŚWIADCZENIE DYREKTORA SZKOŁY MAGII I CZARODZIEJSTWA HOGWART
Ja, niżej podpisany, niniejszym oświadczam, że dokonałem licznych zmian personalnych w kadrze nauczającej w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Zwolnione zostały stanowiska nauczycieli od następujących przedmiotów: transmutacja, zaklęcia i uroki, zielarstwo, opieka nad magicznymi stworzeniami. Odpowiednio za nauczanie tych przedmiotów od teraz odpowiedzialni będą: Antonin Dołohow, Rudolfus Lestrange, Adrian Mulciber, Agenor Avery. Zapewniam, że nowo zatrudnieni nauczyciele są w takim samym stopniu kompetentni, jak ich szanowni Poprzednicy.
Wszystkie dokonywane przeze mnie zmiany dyktowane są potrzebą solidnej reformy szkolnictwa czarodziejskiego. Na względzie mam przede wszystkim lepszą niż dotychczas jakość edukowania młodych czarodziejów.
Decyduję również o zmianach przedmiotowych. Z planu zajęć znikną wróżbiarstwo oraz mugoloznastwo, a zastąpione zostaną poważniejszymi przedmiotami, a mianowicie czarną magią i legilimencją. Będą to indywidualne zajęcia, przeznaczone tylko dla starszych i najbardziej uzdolnionych uczniów, aby przygotować ich do godnej konfrontacji z ciemnymi mocami. Czarnej magii będę nauczał sam, aby mieć ścisłą kontrolę nad programem edukacji. Nazwisko nauczyciela legilimecji wciąż pozostaje dla mnie kwestią otwartą.
I ostatnia zmiana - z powodu dużej ilości ciążących na mnie obowiązków, zrzekam się funkcji nauczyciela obrony przed czarną magią. Tę powierzam Evanowi Rosierowi, będąc w pełni przekonanym, iż poradzi on sobie z zadaniem szkolenia uczniów nie gorzej niż ja sam przez ostatnich osiem lat.
Lord Voldemort, dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwartkomentarze [6]piątek, 6 czerwca 2008
12. ZamachDokładnie o ósmej wieczorem do drzwi gabinetu dyrektora ktoś zapukał.
- Wejść! - rozległ się głos Voldemorta.
Pchnięto mosiężne drzwi i do okrągłego pomieszczenia wkroczyły dwie postacie w ciemnych pelerynach.
- Wejdźcie, wejdźcie - ponaglił Voldemort, wstając zza biurka. Szybkim krokiem podszedł do wielkiego okna, na które delikatnie opadały krople późnojesiennego deszczu. Nie zauważając jednak w ciemności żadnych niepożądanych oznak, żadnych ruchów na szkolnych błoniach, wrócił na fotel i jednym machnięciem dłoni rozświetlił gabinet. Jasność pomogła zidentyfikować twarze gości dyrektora: byli to Adrian Mulciber i Antonin Dołohow.
- Wiecie, jakie jest wasze zadanie? - Voldemort rzucił szorstko pytanie w stronę śmierciożerców.
- Tak jest - odpowiedzieli zgodnie Dołohow i Mulciber.
- Na górę - rozkazał Voldemort. - Obserwujcie dół gabinetu zza regałów. Na mój znak Mulciber rzuca Imperiusa. Tylko masz trafić - dodał zimno, a dwaj śmierciożercy wspięli się po schodach na wyższą kondygnację i schowali wśród książek.
Voldemort wziął głęboki oddech, poczym ruszył w stronę kominka, końcami długich palców chwycił szczyptę szarego proszku i rzucił go w płomienie, które buchnęły jadowitą zielenią.
- Dumbledore, proszę cię do siebie na słówko - rzekł niby od niechcenia, lekko nachylając się w stronę okapu. - Tylko nie kominkiem, dla swojego bezpieczeństwa zablokowałem połączenie Fiuu.
Otrzepał białe dłonie z pyłu i zasiadł za biurkiem, niecierpliwie czekając na zjawienie się Dumbledore'a. Cały był spięty i te - zdawałoby się, że krótkie - chwile wlokły się jak koszmarne godziny oczekiwania na wybuch bomby. Każdy nerw Voldemorta był czujny i gotowy, a zmysły wyostrzone jakby na polecenie swojego pana. Czubki palców stukały w równym tempie o blat mosiężnego biurka. Ten główny rytm, w akompaniamencie kropel deszczu uderzających o szybę, przetaczał się przez gabinet zduszony atmosferą oczekiwania aż do chwili, gdy kamienna chimera, usłyszawszy poprawne hasło, przepuściła Dumbledore'a, a ten zapukał łagodnie, aczkolwiek z pewną stanowczością w drzwi.
- Wejść! - powtórzył Voldemort, podnosząc się lekko w fotelu.
Dumbledore wkroczył pewnym krokiem do pokoju.
- Parę dni temu poinformowano mnie, że połączenie Fiuu do twojego gabinetu zostało zablokowane - rzekł Albus nie czekając, aż dyrektor odezwie się pierwszy. - Sam oczywiście domyśliłbym się, iż nie chciałbyś, aby ktokolwiek wkroczył niespodziewanie tutaj, gdy ty możesz być zajęty... czymkolwiek. - Dumbledore uśmiechnął się z ledwie zauważalną ironią, a potem dodał nonszalancko: - Ale ja też bym tego nie chciał.
- Dobra, Dumbledore - syknął z niechęcią Voldemort. - Porozmawiamy sobie o czym innym.
- Oczywiście - powiedział Albus z przesadną serdecznością. - Myślę, że wolno mi usiąść? - Wskazał na krzesło naprzeciw biurka, przy którym siedział dyrektor.
- Nie - odrzekł szorstko Voldemort.
- Słucham?
- Powiedziałem: nie.
Dumbledore stał, wyraźnie skonsternowany i zaskoczony nieuprzejmością Riddle'a.
- Zrzucasz maskę, Tom? - spytał cicho, już bez tej udawanej serdeczności. - Gdzie twoje nienaganne maniery?
Voldemort wstał z fotela, obszedł biurko i zatrzymał się tuż przy Albusie.
- Tak, zrzucam maskę - oświadczył. - Nareszcie jesteśmy sami. A ja mam nad tobą przewagę.
Wyciągnął różdżkę i rzucił zaklęcie w stronę drzwi.
- Na pewno? - spytał podejrzliwie Dumbledore.
- Dowodem na to jest fakt, że to ja wezwałem cię do tego gabinetu, a nie ty mnie - rzekł Voldemort, odwracając się od Albusa i rzucając teraz zaklęcie na okno.
- Chodzi mi o to, czy na pewno jesteśmy tu sami - powiedział Dumbledore.
- Masz wątpliwości? - spytał łagodnie Voldemort.
- Dlaczego rzucasz zaklęcie blokady na drzwi i okno?
- Och, Dumbledore - rzekł Voldemort, z powrotem odwracając się ku swemu rozmówcy. - Stary, dobry Dumbledore. Minął już czas, gdy upominałem cię, byś nie zwracał się do mnie imieniem i nazwiskiem mojego nędznego ojca. Teraz także nie proszę cię, byś należycie nazywał mnie swoim dyrektorem. Jesteś niereformowalny.
Albus milczał, wpatrzony w jakiś punkt.
- Domyślasz się, dlaczego cię tu wezwałem?
Dumbledore nie odpowiedział.
- Domyślasz się... - stwierdził z pełnym przekonaniem Voldemort. - Jesteś głupcem, to prawda. Ale bystrym głupcem. Wiesz, co się wokół ciebie dzieje.
- Czekam, aż zaatakujesz, Tom - rzekł niespodziewanie Dumbledore. - Zrób to. Zablokowałeś wyjście. Masz obstawę. Zrób to w końcu.
Voldemort wybuchnął swoim zwykłym, zimnym śmiechem.
- Ach tam, zaraz atakować... - powiedział rozbawiony. - Może tylko cię zwolnię. Ale w taki sposób, byś nie dostał zatrudnienia w żadnym innym miejscu. No, chyba że w Świńskim Łbie.
I znów zaśmiał się cynicznie. Uniósł w górę dłoń, w której trzymał różdżkę. Dumbledore nie utkwił jednak wzroku w różdżce przeciwnika, tylko gdzieś wyżej, i sam błyskawicznie wydobył swoją. Zdążył zauważyć ciemną, zwalistą sylwetkę wyłaniającą się zza biblioteczki, cienki kontur różdżki trzymanej przez nią, i w momencie, gdy postać krzyknęła
"Imperio!", Dumbledore błyskawicznie uskoczył w bok. Zaklęcie wypaliło dziurę w portrecie jednego z byłych dyrektorów Hogwartu, który w popłochu uciekł, by schować się w ramach sąsiada.
- Wyskakujcie! - krzyknął Voldemort do śmierciożerców, a ci posłusznie opuścili kryjówkę i zbiegli na dół.
- Wiedziałem, że nie jesteś sam - stwierdził spokojnie Albus. W jego oczach wyraźnie jednak czaił się niepokój. - Panowie, może jednak ściągniecie kaptury?
Voldemort parsknął śmiechem przypominającym syk rozjuszonego węża.
- Czemu nie - rzekł. - To i tak już koniec. Sam zobacz, kto załatwia ci spotkanie ze Śmiercią.
I skinął na śmierciożerców, a ci równocześnie pociągnęli za kaptury, które opadły wolno na ich plecy. Oczom Dumbledore'a ukazały się dwie znajome twarze, choć szpetniejsze i zestarzałe od czasu, gdy widział je ostatni raz - prawie dwadzieścia lat temu.
- Też mi niespodzianka - mruknął Dumbledore, przyglądając się Dołohowowi i Mulciberowi w pozycjach gotowych do ponownego ataku.
- No, no, Dumbledore! - zawołał Voldemort głosem nabrzmiałym pewnością. - Chyba nas nie lekceważysz?
- Oczywiście, że nie - rzekł Albus. - Tylko powiedz mi, Tom... Tak luźno, bo i tak znam przebieg akcji, jaką szykujesz... Po co to robisz? Co chcesz osiągnąć?
Voldemort tym razem nie zaśmiał się. Utkwił czujne spojrzenie małych, czerwonych oczu w starzejącym się nauczycielu transmutacji.
- Chyba nie oczekiwałeś, że pozwolę ci tu zostać, gdy mianują mnie dyrektorem? - powiedział głosem tak zimnym, że wszystko, co znajdowało się w gabinecie, powinno pokryć się szronem. - Skoro sam w pewnej rozmowie... odbyliśmy ją kilka lat temu... powiedziałeś wyraźnie, że gdyby od ciebie to zależało, nie byłoby mnie w Hogwarcie na stanowisku nauczyciela? Mało robiłeś przez te osiem lat, by się mnie pozbyć?
- Mam do siebie o to ogromny żal - rzekł ze smutkiem Dumbledore. - Bo nie zrobiłem wszystkiego, co w mojej mocy, by zamknąć ci drogę do władzy.
Mulciber i Dołohow poruszyli się za plecami Voldemorta, wciąż trzymając różdżki wycelowane w Dumbledore'a.
- Jesteś głupcem, Dumbledore - powtórzył Voldemort. - Wciąż nie mogę uwierzyć, jak łatwo przyszło mi z tobą wygrać. Jak pospolicie i niegodnie kończy się w tym miejscu twoja droga.
- Niegodnie? - spytał Albus. - Zwabiony podstępem i zaatakowany przez trzech czarnoksiężników? Do końca pragnąc tylko jednego: uchronić niewinnych, młodych ludzi przed złem, jakie wprowadzasz do tej starożytnej uczelni, twierdzy mądrości i dobra? Naprawdę uważasz, że to niegodne? Tom... - zwrócił się do Voldemorta prawie błagalnie. - Co jest według ciebie godne? Co jest dobrem, a co złem?
- Nie ma dobra i zła - syknął Voldemort, natarczywie wlepiając swe przerażające spojrzenie w Dumbledore'a. - Jestem ja, potężny i wygrywający, i jesteś ty, pokonany i skończony, niepotrzebny, słaby... Niegodny, bo
nijaki...
- Nie ma dla ciebie ratunku - stwierdził z rezygnacją Dumbledore. - Nie ma ratunku dla twojej duszy.
- Żebyś wiedział - warknął Voldemort. - I skończmy już z tym! Długo czekałem, aby móc oglądać twój żałosny kres.
Powoli uniósł w górę różdżkę. Dumbledore wykorzystał ten moment i wycelował swoją różdżkę ponad ramieniem Voldemorta, w Mulcibera.
-
Drętwota!
Wielki śmierciożerca z hukiem opadł na podłogę. Voldemort na moment zerknął za siebie, a potem błyskawicznie rzucił zaklęcie w stronę Albusa, ale ten je zablokował.
- Nie wygrasz ze mną! - krzyknął rozwścieczony Voldemort. - Dołohow, osłaniaj mnie!
Śmierciożerca przeszedł nad swym oszołomionym towarzyszem i ustawił się za swym panem, gotów tańczyć, by odparowywać zaklęcia miotane w niego przez Dumbledore'a.
Na dobre rozgorzał pojedynek. Voldemort rzucał przeróżne zaklęcia mające na celu zniszczyć przeciwnika, ale Dumbledore unikał ich ze sprawnością młodego, doskonale wyćwiczonego czarodzieja. Różdżka w jego dłoni zdawała się sama poruszać i bronić przed atakami, była miotana na wszystkie strony tak szybko, że tworzyła ciemną smugę.
- Dołohow, demoluj gabinet! Teraz! - krzyknął Voldemort. Dołohow wykonał ręką zamaszysty ruch i gabinet zatrząsł się od spadających grubych ksiąg, przewracającego się potężnego biurka, pękającego kominka i ciężkich drzwi wyrwanych z zawiasów, opadających na podłogę.
- DOŁOHOW! - zawołał Voldemort z nieopisaną wściekłością. - NIE DRZWI!
Portrety spadające ze ścian razem z tynkiem i gruz z kominka wywołały chmurę pyłu, tak że przeciwnicy stracili się z oczu i rzucali zaklęcia na oślep. Dumbledore wyczuł gdzieś obok siebie Dołohowa i zawołał
"Drętwota!", ale nie udało mu się trafić w śmierciożercę. Zaklęcie niszczące gabinet przełamało blokadę rzuconą na drzwi, co okazało się dla Albusa szansą ucieczki. Nauczyciel wyczarował wokół siebie prowizoryczną ochronę, którą silniejsze zaklęcie rzucone przez Voldemorta bez problemu by ją przebiło, i wybiegł nad wyłamanymi drzwiami z gabinetu.
- ON UCIEKA! - krzyczał Voldemort. - TY TCHÓRZU!
Miotał różdzką jeszcze jakieś zaklęcia, ale nie miały one szans dotrzeć do Dumbledore'a.
- Na co czekasz?! - zawołał do Dołohowa. - Ścigaj go!
Dołohow wybiegł z gabinetu, może wygnany najżywszym lękiem przed gniewem pana. Voldemort krążył chwilę po gabinecie, z wściekłością odganiając czarami chmurę pyłu, a potem sam wybiegł z gabinetu na korytarz. Uczniowie uciekali w popłochu przed rozeźlonym dyrektorem w szacie uwalanej białym pyłem i spoglądali na siebie nerwowo, kompletnie nie rozumiejąc, co się stało.
Voldemort przytknął do gardła różdzkę i zawołał magicznie zwielokrotnionym głosem:
- Dumbledore, zatrzymaj się! Jeśli teraz opuścisz teren Hogwartu, zawiadomię ministerstwo o przestępstwie!
Poczym zbiegł piętro niżej. Widoczne były ślady po zaklęciach rzucanych przez Dołohowa ścigającego Dumbledore'a. Jakaś zbroja leżała na kamiennej posadzce, kompletnie potrzaskana, wielkie witrażowe okno było zbite, a stary gobelin płonął. Uczniowie, głównie starsi, którzy wieczorem pozostali jeszcze na korytarzach, wyglądali zza drzwi klas lub zza posągów i zastanawiali się gorączkowo, co mogło się wydarzyć między dyrektorem a profesorem transmutacji.
Voldemort dalej zbiegał na dół, aż natknął się na profesor Kidney.
- Tom, co się stało? - spytała zaniepokojona, z różdżką w dłoni.
- Dumbledore próbował dokonać zamachu na mnie, a teraz ucieka!
- Dumbledore?! Zamach?! - zawołała profesor Kidney, a ciekawscy uczniowie słysząc to, spojrzeli na siebie z kompletnie zaskoczonymi minami. - Nie, nie wierzę w to! - dodała.
- Nie obchodzi mnie, czy w to wierzysz, czy nie! - krzyknął Voldemort, a przerażona profesor Kidney odskoczyła w tył. Voldemort ponownie przytknął różdżkę do gardła, a jego głos potoczył się po zamku i błoniach: - Wszyscy nauczyciele zobowiązani są do pomocy w schwytaniu Dumbledore'a! Odmowa będzie wiązać się z poważnymi konsekwencjami!
Dyrektor ruszył schodami w dół, aż dotarł do wielkich drzwi frontowych, które były otwarte na oścież. Błonia były pogrążone w zupełnej ciemności, nic nie było widać.
-
Lumos - mruknął Voldemort i wyszedł z zamku. Usłyszał za sobą czyjeś kroki i sapanie.
- Tom! - zawołał Slughorn. - Kidney coś mi mówiła... jest przerażona... ale ja kompletnie nie wiem, o co chodzi. Co zrobił Dumbledore? Dlaczego mamy go ścigać?
- Próbował mnie zabić - rzekł Voldemort.
- Nie! - krzyknął z niedowierzaniem Slughorn.
- Bezceremonialnie wszedł do mojego gabinetu i próbował to zrobić - mówił Voldemort. - Zdemolował gabinet. Mam świadka. Akurat był tam Dołohow. Mulcibera zdążył oszołomić, a potem uciekł widząc, że nie da rady w pojedynkę mnie zabić.
- Na brodę Merlina - wysapał Horacy, łapiąc się za wielką głowę. - Dumbledore... Ale dlaczego?!
- Przecież chciał zostać dyrektorem! - krzyknął Voldemort. - Wściekł się, że przegrał ze mną.
W oddali poruszał się jakiś kształt.
- Ktoś tam jest! - zawołał Slughorn i wyczarował światło ze swojej różdżki w ten sam sposób, co Voldemort.
- Dołohow wraca - stwierdził Voldemort, wytężając wzrok. - Jest sam - dodał, rozczarowany.
- Nie udało się - wyrzekł z trudem Dołohow, zziajany, gdy dobiegł do miejsca, w którym stali Voldemort i Slughorn. - Ścigałem go, rzucałem zaklęcia... Zdążył uciec za bramę i deportować się.
Voldemort zaklął.
- Dlaczego brama nie była zabezpieczona zaklęciami? - warknął. - Dlaczego, pytam!
- Obawiam się, dyrektorze, że nie wydałeś odpowiedniego rozporządzenia - powiedział ktoś.
Voldemort odwrócił się. Stał za nim profesor Kettleburn.
- Kettleburn, pierwszy wylatujesz stąd za niesubordynację - syknął Voldemort.
- Niesubordynacja! - tubalnym głosem zawołał ktoś inny. - Stwierdził fakt!
W krąg wyczarowanego światła wszedł Hagrid.
- Nie ścigał Dumbledore'a na moje polecenie, to jest niesubordynacja, ty włochaty kretynie - wycedził Voldemort przez zaciśnięte zęby. - Nikt mi nie udzielił pomocy. Tylko Slughorn wyszedł do mnie.
I splunął ze złością na trawę.
- Wszyscy prócz Slughorna wylatujecie stąd! - krzyknął. - A ty, Hagridzie, jesteś pierwszym podejrzanym o udzielenie pomocy Dumbledore'owi w ucieczce poza teren szkoły. Zgłaszam to ministerstwu.
Hagrid napiął muskuły.
- To sobie zgłaszaj! - zagrzmiał. - A i tak nie zostałbym tu już ani chwili dłużej, skoro nie ma Dumbledore'a!
I powtórzył gest Voldemorta: splunął na trawę. A potem odwrócił się z zamiarem odejścia.
- Stój, Hagridzie, ministerstwo będzie chciało cię przesłuchać! - powiedział Voldemort.
Hagrid nie zatrzymał się.
- Stój, kudłaty kundlu, albo powstrzymam cię siłą!
- Tylko spróbuj - warknął Hagrid, nie odwracając się nawet.
-
Drętwota! - krzyknął Dołohow. Zaklęcie uderzyło w plecy półolbrzyma, ale nie poskutkowało. Hagrid odwrócił się, ryknął jak dzikus i ruszył prosto na Dołohowa.
- Ty parszywa gnido... - wysapał, poczym złapał śmierciożercę i rzucił nim o najbliższe drzewo. Słychać było głuche uderzenie, zduszony okrzyk i huk ciała opadającego na trawę.
- Hagridzie, pożałujesz tego - rzekł Voldemort i uniósł w górę różdzkę. Olbrzym próbował pochwycić różdzkę Voldemorta, ale nie udało mu się to. Voldemort wycelował zaklęcie, które chybiło jednak o cal, bo Hagrid w porę uskoczył w bok.
- Zatrzymam cię, poniesiesz karę za udzielenie pomocy niedoszłemu zabójcy! - krzyknął Voldemort i znów usiłował trafić zaklęciem Hagrida, ale ten rzucił się do ucieczki.
- Zatrzymam cię! - wołał Voldemort, biegnąc za Hagridem i próbując dosięgnąc go czarami, ale półolbrzym, choć zwalisty i ciężki, uciekał szybko i wnet był za bramą Hogwartu, gdzie udało mu się deportować. Voldemort zawył, rozwścieczony.
- Dwóch poszukiwanych przestępców! - krzyczał. - Albus Dumbledore i Rubeus Hagrid!
Wrócił do miejsca, w którym nadal stali Slughorn i Kettleburn. Zdążyli dołączyć do nich jeszcze inni nauczyciele.
- Jesteście z siebie zadowoleni? - spytał Voldemort z agresją w głosie. - To koniec waszej kariery. Wszyscy prócz Slughorna otrzymacie wymówienie. Nie będę tolerował lojalności wobec człowieka, którego może i długo znacie i lubicie, ale jest skłonny zabijać, by zaspokajać chore ambicje.
I udał się do zamku, zostawiając członków ciała pedagogicznego w pełnym niedowierzania milczeniu.
komentarze [9]wtorek, 29 kwietnia 2008
11. Świt jest zmierzchemW środę o porze śniadaniowej Riddle wkroczył do Wielkiej Sali. Na jego widok wielu uczniów zaczęło nagle szeptać coś do siebie nawzajem, inni bardziej intensywnie niż zazwyczaj śledzili wzrokiem krok profesora Voldemorta.
Przy stole prezydialnym Hagrid, siedzący na skraju, wykonał ruch, jakby miał zamiar poderwać się z krzesła, by przepuścić Toma.
- Siedź, siedź, Hagridzie - powiedział spokojnie Riddle. - Nie ma potrzeby.
Obszedł krzesło Hagrida, ale zanim poszedł dalej, ku swojemu miejscu, oparł dłonie o poręcze i nachylił się tak, by rzec olbrzymowi na ucho:
- Ale to bardzo odpowiedni gest. W ten sposób będziesz mi się od teraz kłaniał.
Hagrid obrócił ku Tomowi swoją wielką, kudłatą twarz. W oczach malowała się głęboka odraza.
- Nigdy nie będę się przed tobą kłaniał - warknął. - Nie zmusi mnie do tego ani twoja szycha, ani twoi groźni koleżkowie.
- No, no - szepnął okrutnie Voldemort. - To nierozsądne, że zaczynasz mi się stawiać akurat w takim momencie. Zobaczymy, jaki to przyniesie skutek. Witaj, Horacy! - zawołał dziarsko, gdy ujrzał Slughorna kiwającego do niego. Minął parę pustych krzeseł przy stole prezydialnym i usiadł przy nim.
- Jak się masz, dyrektorze? - spytał Slughorn z żartobliwym błyskiem w oczach. - Jakie rozkazy nam wydasz z samego rana?
- Same ciężkiego kalibru, profesorze Slughorn - odrzekł Riddle, a Horacy zachichotał.
- Jak przebiegło spotkanie z Parcusem? - spytał Slughorn, zabierając się za tłusty galat.
- Procedurowo i oficjalnie - powiedział Tom, wzruszając ramionami.
- No, tak... - zamruczał Horacy. - Cały Parcus. Byłem z nim na roku w Hogwarcie.
Zjawił się profesor Kettleburn.
- Dzień dobry, Tom. Dzień dobry, Horacy - powiedział, siadając obok Voldemorta.
- Dzień dobry - odpowiedzieli chórem Slughorn i Riddle.
- Uczniowie zostali już oficjalnie poinformowani o wczorajszym werdykcie? - spytał Kettleburn, nalewając sobie do szklanki soku dyniowego i rozkładając świeży egzemplarz "Proroka Codziennego".
- Jeszcze nie - rzekł Tom. - Chyba powinienem przemówić do nich.
- Tak, chociaż większość z nich już wie o twoim zwycięstwie - mruknął Kettleburn. - Dostali "Proroka".
- Piszą o Tomie? - spytał Horacy, połykając szybko kęs galatu. - Pokaż!
Kettleburn podał Slughornowi gazetę. Riddle nachylił się nad jego ramieniem i przeczytał artykuł.
HOGWART MA JUŻ NOWEGO DYREKTORA
Wczoraj wieczorem Rada Nadzorcza Hogwartu ogłosiła werdykt narady. Tylko dwóch członków opowiedziało się za kandydaturą typowanego przez wielu Albusa Dumbledore'a, co uczyniło zwycięzcą jego rywala - nauczyciela obrony przed czarną magią, profesora Lorda Voldemorta.
- Idzie Albus - oznajmił Kettleburn, a Riddle oderwał wzrok od gazety. Dumbledore kroczył spokojnie, jak zwykle. Przyjaźnie skinął głową kilku uczniom, którzy ukłonili się mu.
- Nareszcie - powiedział zimno Voldemort. - Chcę przemówić w obecności
całej szkoły.
Hagrid zerwał się z krzesła, żeby przepuścić Dumbledore'a. Albus podziękował mu i zasiadł na swoim miejscu. Skinął głową w stronę Toma i innych nauczycieli.
- Świetnie - szepnął Riddle i powstał. Przyłożył różdzkę do gardła i przemówił zwielokrotnionym głosem: - Drodzy uczniowie!
Młodzież natychmiast zamilkła i zwróciła głowy ku stołowi prezydialnemu.
- Jak zapewne wielu z was już wie, decyzją Rady Nadzorczej, zostałem mianowany dyrektorem Hogwartu - oświadczył. - Teraz potwierdzam tę informację.
Nastąpiła zupełna cisza. Po chwili paru Ślizgonów zaczęło nieśmiało klaskać. Potem przyłączyli się do nich Krukoni, Puchoni i na końcu Gryfoni.
Voldemort uniósł w górę dłoń. Wrzawa ucichła.
- Dziękuję. Chcę wam przekazać, że na razie nie rezygnuję ze stanowiska nauczyciela obrony przed czarną magią. Będę nadal wykładać ten przedmiot przy równoczesnym wywiązywaniu się z obowiązków, jakie nakłada na mnie bycie dyrektorem tej zacnej szkoły. O zmianach, jakie będą sukcesywnie następowały w wyniku mojego zarządzania Hogwartem, będziecie informowani. To wszystko. Po śniadaniu udajcie się na lekcje, jakie macie zgodnie z harmonogramem zajęć.
Tom usiadł i ponownie dotknął różdżką gardła. Powoli powracał zwykły hałas towarzyszący spożywaniu posiłku przez uczniów.
- Pierwsza dyrektorska przemowa - zagrzmiał Slughorn, strosząc sumiaste wąsy i wpatrując się w Toma z dumą. - Sam nie wystąpiłbym z większą charyzmą. Gratuluję.
- Dziękuję, Horacy - odrzekł uprzejmie Riddle.
- Masz wrodzone kierownicze umiejętności - stwierdził Slughorn, nakładając sobie na talerz kolejną wielką porcję jajecznicy. - Sprawdzisz się na tym stanowisku.
Voldemort zaobserwował, że Dumbledore przygląda się im z ukosa.
- Cieszę się, że je dostrzegłeś, Horacy - powiedział głośno Tom bez najmiejszego skrępowania. - To świadczy o twoim wielkim pedagogicznym darze. Mając kogoś takiego w swojej nauczycielskiej armii, jestem bardzo dumny.
Slughorn zaśmiał się. Na jego obfitą twarz wystąpiły rumieńce.
- Schlebia mi, jak tak mówisz, mój nowy dyrektorze - rzekł, wciąż chichocząc.
- Przepraszam, ale muszę już iść i zapanować nad swoimi nowymi obowiązkami - oświadczył Riddle. - Drodzy nauczyciele - zwrócił się do całego grona pedagogicznego - chcę was wszystkich widzieć w swoim gabinecie o szesnastej.
- Ależ Tom, ja mam w tym czasie lekcję z drugą klasą... - zwróciła uwagę profesor Kidney.
- Proszę ją odwołać. Z mojego upoważnienia - odparł Voldemort. - Przepraszam - powiedział oczekująco do Hagrida, który podniósł się ciężko ze swojego krzesła i przepuścił nowego dyrektora.
*
Rudolfus jechał windą ku atrium w Ministerstwie Magii. Klatka zatrzymała się z gruchotem, a chłodny kobiecy głos oznajmił, że są właśnie na piątym piętrze. Drzwi rozsunęły się i do windy wkroczył niepozorny mężczyzna w czerni z bystrym spojrzeniem.
- Czołem, Evan - Rudolf przywitał towarzysza. Winda ruszyła.
- Witaj - odrzekł Evan. - Uważaj, zaraz tu wejdzie Staedtler.
- Czyli wszystko zgodnie z planem?
- Tak. Ty przejmujesz nad nim kontrolę.
Winda ponownie zatrzymała się.
- Czwarte piętro, Departament Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, z Wydziałami Zwierząt, Istot i Duchów, Urzędem Łączności z Goblinami i Biurem Doradztwa w Zwalczaniu Szkodników - oznajmił głos. Drzwi otworzyły się i wszedł Marcus Staedtler z pustym wzrokiem i potarganą, brązową brodą.
-
Imperio! - szepnął Rudolf, a Staedtler zachwiał się lekko, a potem rozejrzał nieprzytomnie po windzie. Po chwili odzyskał stabilność i stanął pewnie na podłodze windy. Jechali w dół.
Wkrótce zatrzymali się na trzecim piętrze. Zanim drzwi, przed którymi stał wysoki mężczyzna w czerwono-zielonej szacie, rozsunęły się, Evan szepnął do Rudolfa:
- To Johannes Bartley, pracuje w Komitecie Łagodzenia Mugoli, uważaj na niego!
Bartley wkroczył do windy.
- Dzień dobry, Rosier - skłonił się Evanowi. - Witaj, Marcusie - skinął głową w kierunku Staedtlera. - Właśnie się dowiedziałem, że złożyłeś ministrowi wymówienie. Co się stało? Przecież nigdy nie pracowało ci się tu źle.
Rudolf rozkazał Staedtlerowi odpowiedzieć następująco:
- Żal mi stąd odchodzić, ale postanowiliśmy z żoną, że wyjeżdżamy z Anglii.
- Ooo! - zdziwił się Bartley. - A dokąd?
- Do Brazylii - wyjaśnił Staedtler. - Elwira ma tam rodzinę i otrzymaliśmy zaproszenie.
- Wspaniale - mruknął Bartley. - To tak, jakbyście rozpoczynali nowe życie.
- W rzeczy samej.
Winda zatrzymała się na drugim piętrze.
- Zdawało mi się, Marcusie, że masz córkę w Hogwarcie - stwierdził Bartley po krótkim namyśle.
- Tak, ona tam zostaje - rzekł Staedtler. - Szkoła ma nowego, wspaniałego dyrektora, który zaopiekuje się nią.
Winda ponownie ruszyła, a Bartley spojrzał na Staedtlera ze zdziwieniem.
- Marcusie, nie mogę tego zrozumieć - powiedział. - Jako Rada Nadzorcza odrzuciliście kandydaturę wielkiego Dumbledore'a, a wybraliście człowieka z raptem ośmioletnim stażem. Niesłychane. Nie mogę tego zrozumieć.
- Johannesie, bardzo szanuję Dumbledore'a i nie neguję jego doświadczenia, ale uważam, że Hogwartowi przyda się ktoś z bardziej świeżym, eksperymentalnym podejściem - odparł Staedtler, nie patrząc na swojego rozmówcę, ale gdzieś w dal. - Szkoła nie powinna stać w miejscu, to jej szkodzi.
- Hmm, "Prorok" obrał ten sam kurs w swoich ostatnich artykułach na temat Hogwartu - zauważył Bartley. - Dziwne.
Evan niepostrzeżenie wyciągnął różdżkę i skierował ją ku Bartley'owi.
-
Confundo! - szepnął, a Bartley cofnął się krok, aż wpadł na ścianę windy. Potrząsnął głową jak pies, który otrząsa się z wody, i stanął pewnie na nogach w momencie, gdy winda zatrzymała się, a kobiecy głos oznajmił:
- Atrium.
- Tu się rozstaniemy, Johannesie - oświadczył Staedtler. - Do widzenia.
- Do widzenia - odpowiedział zaskoczony Bartley i patrzył za trójką mężczyzn wychodzących z windy, w której pozostał sam.
Rudolf pokierował Staedtlerem tak, aby szybko dotarł do kominka i za pomocą sieci Fiuu przeniósł się do swojego domu. Potem on sam i Evan deportowali się w to samo miejsce. Na chwilę ogarnęła ich ciemność, a potem znaleźli się w niedużej wiejskiej posiadłości. Przy stole siedziała szczupła kobieta ze spiętymi byle jak brązowymi włosami i dużymi, piwnymi oczami wpatrzonymi gdzieś w ścianę. Nie zareagowała ani na niezapowiedzianych przybyszów, ani na Staedtlera wyłaniającego się z płomieni w kominku.
- Witaj, Elwiro - rzekł sucho Staedtler.
- Witaj, kochanie - odpowiedziała kobieta równie beznamiętnym głosem, nadal wpatrując się w jakiś nieokreślony punkt na ścianie.
- Teraz się zabawimy - stwierdził beztrosko Rudolf. - Popuścimy wodze fantazji, co?
- Tylko ostrożnie, Lestrange - ostrzegł go Evan. - Bez zbędnych hałasów. Zaczynaj.
Rudolf odrzucił w tył swoje długie włosy i nonszalancko oparł się o okap kominka. Wycelował różdżkę w Marcusa.
- Elwiro, wyjeżdżamy - oznajmił Staedtler.
- Dobrze, kochanie - odrzekła obojętnie jego żona.
- Pojedziesz ze mną? - spytał Marcus. - Naprawdę?
- Naprawdę... - powiedziała leniwie Elwira, nadal nie patrząc na męża. Dopiero, gdy Rudolf wycelował różdżką w nią, wstała od stołu i ustawiła się na wprost przed Marcusem.
- Kochana jesteś - stwierdził Staedtler bez emocji, jak automat. - Pojedziemy sobie razem na tamten świat.
Evan zerknął z uśmiechem na Rudolfa. Lestrange mrugnął do niego okiem, nadal kierując różdżkę na Staedtlerów.
- Dobrze, kochanie - powtórzyła Elwira.
- Ty pierwsza - rzekł Marcus. Wyciągnął swoją różdzkę. Oglądał ją przez chwilę jak gałąź nieznanego gatunku drzewa, a potem wycelował w żonę. -
Avada Kedavra.
*
Voldemort wyłączył adapter odtwarzający muzykę kameralną. Cisza. Ona sprzyjała chłodnemu, racjonalnemu myśleniu. Muzyka, sztuka powstająca pod wpływem impulsu czy uczuć metafizycznych nie mogła liczyć na zrozumienie kogoś tak wyrachowanego, jak Tom Riddle, pół-człowieka, istoty o zimnym sercu, w żyłach której - zdawało się - płynęła woda, a nie krew.
Kwadrans pozostał do godziny szesnastej. Voldemort zasiadł za swoim nowym biurkiem, oczekując na przybycie nauczycieli. Miał nadejść moment, w którym po raz pierwszy wyda im polecenia jako ich nowy zwierzchnik. To sam urząd nadał mu przewagę nad nimi, z ramienia Rady Nadzorczej otrzymał władzę nad Hogwartem.
Silne podeksytowanie sprawiło, że serce w piersi Voldemorta zabiło szybciej. Ten mały, kruchy w obliczu magii narząd nadzorował pompowanie krwi w całym ciele. Voldemort zdawał sobie sprawę z tego, że jeszcze do niedawna - jak wszyscy inni ludzie na świecie - żył w silnej zależności od serca. Wystarczyło jedno Mordercze Zaklęcie wycelowane w niego, albo jakiś głupi wypadek - a nie byłoby go na świecie. Jego. Najpotężniejszego Czarnoksiężnika Wszechczasów. Wielkiego Reformatora. Geniusza Magii. Dziedzica Slytherina.
Zwycięzcy Śmierci.
*
Rudolf opuścił różdżkę. Nadal stał oparty o okap kominka, uśmiechał się lekko, taki elegancki, przystojny i w zupełności swobodny. Evan skierował swoją różdzkę na Staedtlera stojącego nad leżącą pokracznie na podłodze Elwirą. Wzrok Marcusa na chwilę zdołał złapać jakiś wyraz, gdy patrzył na ciało, jakiś przebłysk świadomości zdążył odcisnąć piętno na niezdrowej, pooranej świeżymi zmarszczkami twarzy. Jednak Rosier szybko wypowiedział formułę zaklęcia
"Imperio!" i twarz Staedtlera skamieniała, cierpienie wtopiło się w porażającą obojętność i nieświadomość. Marcus ponownie uniósł różdzkę i przetransmutował ciało Elwiry w zwyczajny kubek. Schylił się, chwycił go za ucho i postawił z lekkim odgłosem stuknięcia na blacie stołu, przy którym przed chwilą siedziała jego żona. Potem podszedł do Evana, oddał mu swoją różdzkę i sam położył się na podłodze w poniżającym geście, czekając pokornie i bezwiednie na śmierć.
komentarze [9]poniedziałek, 21 kwietnia 2008
10. Misterny planPoczuł defibrylatorski impuls w momencie, gdy jego palce zetknęły się z różdżką. W atmosferze pełnej napięcia dotyk przekaźnika potężnej mocy magicznej mógł rozsadzić wszystko wokół.
- ... Tom Marvolo Riddle.
Tom nie zdążył wyciągnąć różdżki. Jego ręka jak zmartwiała automatycznie ją puściła i spoczęła nieruchomo w kieszeni.
Echo własnego nazwiska jeszcze obijało się o ściany wewnątrz głowy Toma, gdy ktoś szepnął głośno:
- Nie!
Wszyscy spojrzeli w stronę Dumbledore'a. Mężczyzna zamarł z lekko rozchylonymi ustami. Po chwili zamknął je, jakby zdał sobie sprawę z chwilowego otępienia, jakie go dopadło.
Krępującą ciszę pierwszy przerwał Parcus.
- Gratuluję, panie Riddle - rzekł i wyciągnął rękę w kierunku Riddle'a. Tom uścisnął ją. Spojrzał na innych nauczycieli. Wszyscy wlepiali w niego wzrok, milcząc. Z ich twarzy nie dało się wyczytać niczego.
Znów skierował wzrok na Parcusa, który wciąż potrząsał jego dłonią i uśmiechał się osobliwie, patrząc mu w oczy. Powoli zaczął docierać do niego fakt: wygrał! Pokonał Dumbledore'a! Na bladą twarz Voldemorta wystąpił triumfalny uśmiech.
Pierwszy z nauczycieli poderwał się z krzesła Slughorn i podszedł do zwycięzcy, ściskając mu serdecznie dłoń i gratulując. W jego ślady poszli następni.
Ktoś jednak odmówił sobie zaszczytu winszowania zwycięstwa nowemu dyrektorowi Hogwartu. Rozległ się trzask drzwi. To Dumbledore bez słowa wyszedł z pokoju nauczycielskiego.
- Chyba nie wytrzymał ciśnienia - stwierdził cicho Parcus, patrząc zdziwionym wzrokiem na drzwi.
- Widocznie - odrzekł Riddle, podając teraz rękę Kettleburnowi. - Spotkał go ogromny zawód.
- No, cóż... - mruknął Parcus. - Naprawdę, raz jeszcze gratuluję zwycięstwa. To pański wielki dzień. Muszę jednak już iść.
- Doprawdy? Nie zostanie pan dłużej?
- Jako przewodniczący rady mam w tym czasie najwięcej obowiązków - oznajmił Parcus, w najwyższym stopniu zadowolony z siebie. - Tylko ja jestem uprawniony do poinformowania "Proroka" o pańskim zwycięstwie. Muszą zdążyć opublikować w jutrzejszym wydaniu stosowną informację. Zobaczymy się później.
- Oczywiście.
Parcus poufale klepnął Riddle'a w ramię, poczym opuścił pokój nauczycielski. Tom przypomniał sobie jednak o czymś niezmiernie ważnym i wybiegł za nim.
- Parcus! - zawołał.
Przewodniczący odwrócił się.
- Tak?
- Jedna sprawa - rzekł władczym tonem Voldemort, odzyskując równowagę po oszołomieniu, jakim było odczytanie werdyktu. - Proszę napisać, że wygrał profesor Lord Voldemort. Nie inaczej.
Parcus uśmiechnął się, trochę lekceważąco, trochę z wyrazem niezrozumienia.
- Ale... - zaczął, ale Tom przerwał mu zimno.
- Z nazwiskiem Tom Marvolo Riddle nie mam już nic wspólnego. Czy wyraziłem się jasno?
Uśmieszek zniknął z twarzy Parcusa, nie pozostawiając najmniejszego śladu. W jego oczach malował się lekki przestrach.
- Oczywiście... - rzekł usłużnym tonem. Nie odszedł, dopóki Riddle pierwszy nie oddalił się od niego.
Voldemort zatrzymał się przy drzwiach do pokoju nauczycielskiego. Czuł, jak ktoś się zbliża.
Nie mylił się. To sam Dumbledore z długą, posrebrzałą brodą szedł ku niemu.
- Gratuluję, Tom - powiedział spokojnym głosem, jakby chcąc się zreflektować po opuszczeniu pokoju w afekcie. Nie wyciągnął jednak do niego ręki.
- Ach, dziękuję, Dumbledore - wysyczał Riddle. - Ale teraz naprawdę nie powinien używać pan tego imienia.
Albus beztrosko machnął dłonią.
- W szkolnej hierarchii przegoniłeś mnie - rzekł. - Ale kiedyś, prawie ćwierć wieku temu, to ja sam, jako twój przyszły nauczyciel, poinformowałem cię, że istnieje coś takiego jak Hogwart i cały świat czarodziejski.
Chcąc ukrócić pychę Toma, Dumbledore trafił w sedno, przypominając mu o okolicznościach, w jakich się poznali.
- Los bywa jednak przewrotny - odparował Voldemort ze złośliwym, czerwonym błyskiem w oczach. - To pana wszyscy typowali na zwycięzcę.
Dumbledore wzruszył ramionami.
- Tak bywa - powiedział spokojnie, uśmiechając się promiennie, jakby rozmawiał z serdecznym przyjacielem, a nie wrogiem, kimś - o czym było mu wiadome - kto pragnie go zniszczyć.
- Zniesie pan mężnie porażkę - stwierdził Riddle. W jego głosie pobrzmiewał sarkazm.
- Tak, przełknę tę gorzką pigułkę - rzekł Dumbledore, patrząc nieobecnym wzrokiem w daleką przestrzeń. Nadal się uśmiechał, co było tak zadziwiające dla Toma. Skąd ten człowiek brał tyle spokoju? Czyżby w ogóle nie zależało mu na zdobyciu fotela dyrektora? To niemożliwe. Opuszczenie przez niego pokoju nauczycielskiego tuż po odczytaniu wyniku narady nie mogło być niczym innym, jak aktem protestu i wyrazem rozczarowania zarazem. Teraz starzec próbował się zrehabilitować, aby utrzymać pozory normalności. Z pewnością pragnął pozostać w szkole, żeby śledzić każdy krok Voldemorta i czyhać na jego miejsce.
Drzwi pokoju nauczycielskiego otworzyły się.
- O, gaworzycie sobie - zagrzmiał wesoło głos Slughorna. Mistrz eliskirów podszedł do Toma i ponownie wziął w objęcia jego dłoń.
- Synu, raz jeszcze gratuluję - powiedział. - Naprawdę, sądzę, że szkoła tak czy siak trafiłaby w dobre ręce.
Puścił dłoń Riddle'a i spojrzał na Dumbledore'a.
- Albusie... - wysapał. - Cóż, tak bywa. Nie ma co się martwić.
Dumbledore uśmiechnął się.
- Powtórzyłeś moje słowa - rzekł. - Przed paroma chwilami w mojej pogawędce z Tomem padł ten zwrot: tak bywa.
Slughorn zachichotał.
- No, widzisz - powiedział. - Sam doskonale rozumiesz. Nic nie zmienia faktu, że jesteś świetnym pedagogiem. Prawda? - Spojrzał znacząco na Voldemorta.
- Absolutnie potwierdzam. - Riddle przywołał na twarz zimny uśmiech. Wyminął Albusa i Horacego, i wszedł do pokoju nauczycielskiego, w którym trwała ożywiona dyskusja między pozostałymi nauczycielami.
*
Późnym wieczorem, gdy powrócił Parcus i zapoznał Riddle'a ze szczegółami wszelakich kompetencji dyrektora Hogwartu, Tom nareszcie pozostał sam w swoim nowym gabinecie. Zasiadł za wielkim biurkiem w wygodnym, bogato zdobionym fotelu. Za nim rozpościerała się ogromna prywatna biblioteka dyrektora Hogwartu, przed sobą miał panoramę portretów swoich poprzedników. Na jednym z nich był spokojnie śpiący Armand Dippet.
Za wielkim, witrażowym oknem ciemniały błonia. Voldemort patrzał na nie i dopiero teraz dobitnie poczuł, że stał się dziedzicem zamku, prawdziwym władcą tych terenów i wszystkich ludzi, którzy się na nich znajdowali.
Strach przed porażką rzucał cień na plan, który dawno temu nakreślił sobie. Jednak euforia tego wieczoru oświetliła wszystkie ścieżki, wszelkie detale. Riddle wiedział, co trzeba robić.
Jeszcze tej nocy ostrożnie wymsknął się do Hogsmeade, do mieszkania Nottów.
- Jesteś pewien, że jest tu zupełnie bezpiecznie? - spytał Normana.
- Tak, codziennie sprawdzaliśmy - odrzekł gorliwie Nott. - Nikt prócz tego Staedtlera nie wie, że mamy tu swoją kwaterę. Mimo to, zabezpieczamy mieszkanie zaklęciami zwodzącymi.
- Dobrze - powiedział Voldemort. - Teraz trzeba nieco posprzątać po kampanii wyborczej. W pierwszej kolejności mam na myśli Staedtlera. Lestrange i Rosier, wam powierzam zadanie pozbycia się go. Obaj potraficie działać cicho i niepostrzeżenie. Na szczęście nikt nie zorientował się, że Staedtler i jego żona funkcjonują pod wpływem Imperiusa, ale obawiam się, że przeprowadzenie ich powrotu do normalnego stanu kosztowałoby was zbyt wiele wysiłku, a jesteście mi potrzebni do czego innego. Więc zlikwidujcie gładko ich oboje i zaaranżujcie nagły wyjazd.
- A co z ich córką? - spytał Rosier. - Przecież będzie musiała wrócić gdzieś na wakacje.
- To dopiero za kilka miesięcy - rzekł spokojnie Riddle. - Wyślecie ją gdzieś. Albo załatwicie sprawę jak z jej rodzicami.
Śmierciożercy pokiwali głowami.
- Jeśli chodzi o Dumbledore'a, nie mam zamiaru trzymać go w szkole - oznajmił zimno Tom. - Za kilka dni zorganizujemy na niego zamach.
Śmierciożercy wyprostowali się na krzesłach, gotowi słuchać szczegółów planu.
- Zwabię go do swojego gabinetu i cicho zlikwiduję, by potem ustawić wszystko tak, by wyglądało na to, że próbował przejąć moje stanowisko atakując mnie - wyjaśnił Voldemort. - Będę potrzebował wsparcia. Wybrałem do tego zadania Mulcibera i Dołohowa.
- Jesteśmy zaszczyceni, Voldemorcie...
- Dzięki ci...
- Wystarczy - Riddle przerwał im bezceremonialnie. - Zrobimy to, kiedy opadnie ferwor związany z dzisiejszymi wyborami. Żeby wyglądało to tak, że Dumbledore zdążył sobie uknuć kretyński, zdradzający demencję starczą plan przejęcia władzy w Hogwarcie. Szczegóły scenariusza zdążymy jeszcze ustalić. Na dniach spotkamy się we trójkę z Dołohowem i Mulciberem.
Śmierciożercy przytaknęli.
- Jak wam obiecałem, najbardziej zasłużeni z was otrzymają nagrodę - powiedział Riddle, a jego poplecznicy wymienili między sobą szybkie, podniecone spojrzenia. - Będzie nią posada nauczycielska w Hogwarcie. Gdy nadejdzie ku temu pora, pod pierwszym lepszym pretekstem dokonam wymiany kadry pedagogicznej w mojej szkole. Uzasadnię to chęcią dokonania zmian na lepsze w tej prężnej niegdyś uczelni.
- A co ze szlamami? - spytał Avery. - Zamierzasz, Voldemorcie, usunąć je ze szkoły od razu?
- Avery, nie spodziewałbym się po tobie rozsądku - rzekł chłodno rozbawiony Voldemort. - Wybaczam ci to pytanie i wyjaśnię od razu wam wszystkim, żeby nie było wątpliwości. Oczywiście, że nie zamierzam dokonywać czegoś tak radykalnego na samym początku zarządzania szkołą. Nie zrobię tego, dopóki nie wypracuję sobie mocnej pozycji w czarodziejskiej społeczności.
Avery pokiwał głową, siedząc na krześle w zgarbionej pozycji.
- Mój dzisiejszy sukces to pierwszy krok do formowania nowego świata - oświadczył podekscytowany Tom, zrywając się na równe nogi i krążąc między śmierciożercami wpatrzonymi w niego z uwielbieniem. - Teraz oto posiadłem kontrolę nad młodym pokoleniem czarodziejów. Mierzę w przyszłość! Reformowanie Hogwartu, a co za tym idzie, całego świata czarodziejów, musi być powolnym procesem, abyśmy osiągnęli pożądane rezultaty. Musimy działać ostrożnie, by nie posądzono nas o złe zamiary i nie wyklęto ze społeczeństwa.
Voldemort zatrzymał się przy oknie. Długim białym palcem wyżłobił kilka linii na szybie.
- Najbardziej cieszy mnie jednak cios, jaki wymierzyłem staremu Dumble'owi.
Odwrócił się z powrotem do śmierciożerców.
- A największy z możliwych czeka go za kilka dni. A on o tym nie wie.
Wiatr listopadowej nocy zagwizdał upiornie jak zwiastun śmierci.
komentarze [6]sobota, 1 marca 2008
9. U kresu wytrzymałościTom Riddle stał przodem do okna w zaciemnionym i ciasnym mieszkaniu Normana i Thelmy. Choć w pomieszczeniu przebywało siedem osób, nikt nie zakłócał pełnej napięcia i oczekiwania ciszy. Tylko od czasu do czasu Tom zabębnił szczupłą białą dłonią w parapet, zdradzając zniecierpliwienie. Rytm tego stukania korespondował z rzadkim deszczem, którego krople z dźwiękiem cichego pykania zmieniały się w przezroczyste kleksy, spływające wolno po szybie.
- Dołohow, widziałeś się dzisiaj z Lestrange'em? - Riddle rzucił pytanie, nie odwracając się od okna.
- Tak, koło południa w Dziurawym Kotle - zachrypiał Antonin. - Stamtąd miał udać się do Blacków.
Tom tym razem zastukał knykciami w szybę.
- Nie będziemy na niego czekać - oznajmił chłodno, odwracając się w końcu do śmierciożerców. - Zacznijmy teraz. Rosier, ustaliłeś ilość pewniaków w Radzie Nadzorczej?
- Na razie jest ich czterech - odparł swym głębokim głosem szczupły, blady mężczyzna w czerni. - Arnold Regal, jego córka jest w Hufflepuffie. Macmillan, także rodzina Puchonów. I jeszcze dwóch ze Slytherinu: Selwyn i Montmorency.
- Traversa nie liczysz?
- Travers... - mruknął Rosier. - Nie rozmawiałem z nim osobiście. Ale jeśli wierzyć jego wypowiedzi z "Proroka", to faktycznie należy go liczyć.
- A więc pięciu pewniaków - podsumował Riddle, wkładając dłonie w kieszenie szaty i kierując wzrok ciemnych oczu w daleką, nieistniejącą przestrzeń. - Wciąż za mało.
- Zostało jeszcze pięć dni - stwierdził Evan. - Może nam się uda jeszcze kogoś przekonać.
- Lecz czy tych pięciu nie zdąży zmienić swojego zdania? - spytał Tom, ignorując uwagę Rosiera.
- Co do Traversa nie jestem pewien... - powiedział Evan. - Ale tych czterech wyglądało na naprawdę przekonanych. Od śmierci Dippeta nastroje bardzo się zmieniły. Wygrana Dumbledore'a nie jest już sprawą oczywistą.
Riddle nie odpowiedział. Wszystko było na dobrej drodze, wszystko szło zgodnie z planem, a jednak opuściła go pewność, którą czuł na początku, gdy powierzał śmierciożercom zadania. Niepokój zżerał go, nie pozwalał spać ani się skoncentrować. Był jak ten deszcz za oknem, zimne i nieprzyjemne krople lęku uderzały go i żłobiły nowe, paniczne myśli w umyśle.
Za pięć dni wszystko miało się roztrzygnąć. Albo wygra i zostanie dziedzicem, prawdziwym władcą swego pierwszego królestwa, Hogwartu, i raz na zawsze pozbędzie się Dumbledore'a, albo przegra i będzie zmuszony opuścić Hogwart, a może wyjechać daleko, zagranicę, bo stary Dumble będzie wciąż rzucał mu kłody pod nogi.
Ale to, czego pragnął, objęcie szkoły w posiadanie, wydawało się być czymś w zasięgu ręki, było tak blisko, jak nigdy wcześniej... Nie może zmarnować tej szansy, posunie się do ostateczności, byle tylko otrzymać stanowisko...
Jednakże ten niepokój, to czekanie doprowadzało go do wewnętrznego rozpadu. Rozdarty między gorącą nadzieją, a zimnym uściskiem lęku przed klęską, czuł się jak stłuczona szyba, potrzaskana melodia, która pogubiła swoje dźwięki. Nie był w stanie zająć myśli czymkolwiek innym, nie było przy nim ściany, o którą mogłby się oprzeć, ciepłego fotela, w którym można zasiąść i zrelaksować się, żadnych dłoni, które przytrzymałyby go i ochroniły przed rozpadem.
Wyrwał się z zamyślenia, bo usłyszał dobiegające z dołu skrzypnięcie drzwi.
Ci śmierciożercy, którzy zajmowali krzesła, poderwali się. Tom wyciągnął różdżkę.
- Lestrange? - rzucił ktoś, ale nikt nie odpowiedział. Riddle uniósł w górę dłoń, chcąc uciszyć śmierciożerców i nasłuchiwać, ale w tej chwili rozległ się trzask. W mieszkaniu Notta aportował się Rudolfus Lestrange.
- Byłeś na dole? - spytał go Tom na powitanie, mimo że był pewny, iż śmierciożerca zaprzeczy.
- Nie, aportowałem się prosto z Grimmauld Place... - odrzekł Rudolf. Był kompletnie zaskoczony widokiem zaniepokojonego Voldemorta z różdżką przygotowaną do ataku i czających się, nerwowych śmierciożerców.
Riddle znów uniósł w górę rękę, nakazując absolutną ciszę. Choć wytężał słuch, nie usłyszał żadnych kroków na schodach. Był jednak pewny obecności kogoś niepożądanego. Wycelował różdżkę w drzwi i rzucił niewerbalne zaklęcie Homenum Revelio. Jego podejrzenia okazały się słuszne: za drzwiami ktoś się czaił.
Tom dał znak Mulciberowi, który stał najbliżej drzwi, żeby je otworzył. Śmierciożerca uniósł w górę różdżkę.
Nastąpiła eksplozja. Drzwi wyrwały się z zawiasów i wpadły do środka mieszkania. Śmierciożercy stojący najbliżej nich, umknęli w popłochu pod przeciwległą ścianę. Zawaliła się część framugi, opadający gruz wywołał chmurę pyłu. Ktoś zakaszlał potężnie.
Tom wycelował różdzkę w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowały się drzwi.
-
Drętwota!
Czerwony promień przedarł się przez pióropusz szarego dymu. Kilku śmierciożerców powtórzyło ruch swojego przywódcy i szereg czerwonych strumieni przebił ścianę pyłu. Któreś z zaklęć musiało ugodzić intruza, bo rozległ się zduszony jęk i huk ciała uderzającego o drewnianą podłogę.
- Mulciber, sprawdź go - rozkazał Riddle.
Wielki śmierciożerca wyszedł przez wyrwę w ścianie mieszkania Nottów i krążył w korytarzu.
-
Finite Incantatem! Finite Incantatem! - powtarzał i rzucał zaklęcia, celując w różne miejsca na podłodze. W końcu zawołał triumfalnie: - Jest! Użył zaklęcia zwodzącego, ale już go widzę!
Tom ruszył do miejsca, w którym stał Mulciber. U jego stóp leżał oszołomiony wysoki, chudy mężczyzna z rzadką, brązową brodą.
- Znam go - oznajmił ucieszony Mulciber. - Nazywa się Marcus Staedtler, pracuje w ministerstwie, w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami. Jest członkiem rady.
- Co? - spytał z niedowierzaniem Riddle. - Powtórz!
- Jest członkiem Rady Nadzorczej. Jeden z dupków, którzy deklarują, że oddzadzą głos na Dumble'a. - Mulciber z pogardą wymalowaną na dużej twarzy kopnął nieruchome ciało.
- Przestań - warknął Tom. - Rosier, chodź tu! Potwierdzasz to, co mówi Mulciber?
Evan przeszedł pod uszkodzoną framugą i stanął przy Voldemorcie.
- Tak, to pracownik ministerstwa - powiedział spokojnie, przyglądając się brodatemu mężczyźnie. - I członek Rady Nadzorczej. Popiera Dumbledore'a.
Tom usłyszał, jak na wyższej kondygnacji otwierają się drzwi.
- Co się dzieje? - rozległ się drżący głos.
Riddle wspiął się kilka stopni. Ze swojego mieszkania wyszła jakaś stara, krucha, zgarbiona kobieta z chustą na głowie.
- Wracaj do siebie - powiedział do niej zimno. Staruszka jednak nie ruszyła się z miejsca. - Słyszałaś, co powiedziałem? Wracaj do siebie!
Machnął różdzką. Strumień czerwonego światła świsnął tuż ponad ramieniem kobiety. Staruszka krzyknęła i schowała się w swoim mieszkaniu.
- Może trzeba było ją zabić, Voldemorcie? - zawołał Avery.
- Nie ma potrzeby, jest otumaniona - odpowiedział zamiast Toma Norman Nott.
Riddle przeszedł nad ciałem Marcusa Staedtlera i zatrzymał się na środku ciasnego mieszkania. Śmierciożercy stanęli wokół niego.
- Zmieniamy lokal - oznajmił Tom. - Deportujemy się do pustostanu, pięć mil na zachód od St Martpooly. Natychmiast. Mulciber, weź ze sobą tę szumowinę. Thelma niech zostanie i doprowadzi mieszkanie do porządku, nie ma być śladu! Zrozumiałe?
Rozległ się pomruk wśród śmierciożerców oznaczający zrozumienie. Thelma dygnęła i uniosła różdzkę, gotowa do reparowania częściowo zdemolowanego mieszkania. Tom obrócił się w miejscu. Pochłonęła go ciemność. Po chwili znalazł się w środku ciemnego, opuszczonego budynku. Czerwone mury były zmurszałe, grunt nierówny. Nie było okien.
Po paru sekundach zaczęli zjawiać się śmierciożercy, na końcu Mulciber z bezwładnym Staedtlerem.
- Niech ktoś rzuci zaklęcia zwodzące na ten budynek - rozkazał Riddle. Sam podszedł do nieruchomego ciała brodatego mężczyzny. Jednym ruchem wyczarował proste, drewniane krzesło, na którym go usadził. Potem z jego różdżki wydobyły się niewidzialne liny, które oplotły Staedtlera i przymocowały do oparcia krzesła.
Rudolf krążył po pustostanie, sprawdzając szczelność rzuconych przez siebie zaklęć zwodzących, a Tom przyłożył koniec różdzki do czoła oszołomionego mężczyzny.
-
Enervate - mruknął.
Staedtler otworzył oczy i gwałtownie nabrał powietrza w płuca, jakby dopiero co wynurzył się z wody. Tom nie wiedział, czy był to skutek odblokowania zaklęcia oszałamiającego (sam nigdy nie dał się oszołomić), czy reakcją mężczyzny na widok jego twarzy.
- Witam - powiedział zimno i dobitnie. Pół tuzina śmierciożerców utworzyło krąg wokół Voldemorta i jego ofiary. Musiało to jeszcze bardziej przerazić brodatego, bo jego oczy rozszerzyły się w panice do granic możliwości.
- Czym zasłużyliśmy sobie na twoją nieoczekiwaną wizytę, Marcusie Staedtler? - spytał szyderczo Riddle. - Szkoda, że nie zapukałeś do drzwi. Nie nauczono cię tego? A może miałeś zamiar zapukać, ale nie zdążyłeś? Przeszkodziliśmy ci, tak?
Staedtler milczał. Oddychał szybko, jego pierś unosiła się i opadała na tyle, na ile pozwalały ciasne, niewidoczne więzy.
- Odpowiadaj, gdy Lord Voldemort pyta! - krzyknął Tom. -
Crucio!
Mężczyzna zatrząsł się na krześle, wykrzywił twarz w grymasie nieopisanego bólu i krzyczał, krzyczał głośno, jego ból wypełnił uszy śmierciożerców.
- Będziemy udzielać ci małej lekcji, prawda? - spytał cicho Riddle, gdy Staedtler opadł z jękiem na oparcie, przytrzymywany przez liny. Śmierciożercy zaśmiali się. Voldemort ciągnął bezlitośnie: - Punkt pierwszy: odpowiadamy na zadane pytania. Zgadza się pan ze mną, panie Staedtler?
Może Staedtler był uparty, a może wykończony bólem, ale nie zareagował na to, co mówił Tom.
- No dobrze, spróbujemy jeszcze raz.
Riddle ponownie uniósł różdżkę w górę i wycelował zaklęcie w więźnia. Staedtler krzyczał jeszcze głośniej, niż poprzednio.
- Najbliższe zabudowania znajdują się trzy mile stąd, nikt cię nie usłyszy - powiedział spokojnie Tom, gdy cofnął zaklęcie. - Poza tym zaklęcia zwodzące udaremniają nakrycie. Znasz się na zaklęciach zwodzących, prawda? Ale byłeś nieostrożny...
Śmierciożercy znów wybuchnęli śmiechem. Tom przeczekał, aż się uspokoją.
- Miejmy to za sobą. - Zimny i tym razem donośny głos Voldemorta poniósł się echem po budynku. - Ja pytam, ty odpowiadasz. Rozumiesz?
Mężczyzna w końcu kiwnął nieśmiało głową, kierując wzrok na swoje buty.
- No i już widzę, że jesteś reformowalny, Marcusie - rzekł bezlitośnie Riddle. - Pierwsze pytanie brzmi: kto cię przysłał, żeby nas szpiegować?
Staedtler wybełkotał jakieś niezrozumiałe słowo.
- Słucham? - wycedził Voldemort, uderzając końcem swojej długiej różdzki w otwartą lewą dłoń.
- Nikt - wymamrotał Marcus.
Riddle głośno wciągnał powietrze nozdrzami. Mężczyzna mówił prawdę, przyszedł pod drzwi mieszkania Notta z własnej woli. Ale ta odpowiedź nie satysfakcjonowała go. Ktoś musiał za tym stać.
- Dumbledore - powiedział głośno z nieukrywaną pogardą. - Dla niego szpiclujesz? Jemu chciałeś donieść o tym, co byś podsłuchał?
Staedtler pokręcił gwałtownie głową.
- Nie, nie, nie...
- Kłamiesz! - krzyknął Tom i ponownie wycelował w mężczyznę różdżką. Pustostan zadygotał od przeraźliwego krzyku.
- Wiem, że stary Dumble nie przysłałby nikogo, żeby szpiegował jego rywala, o nie, on preferuje
czystą grę... - zasyczał Riddle. - Lepiej by było dla niego, gdyby preferował czystą
krew...
Staedtler jęknął z bólu.
- Chciałeś wyśledzić jakieś przekręty z mojej strony, chciałeś zdobyć uznanie w oczach tego plugawego starca, a może zreflektować się, tak? Odpowiadaj!
Crucio!
Patrzył prostą w tę twarz wykrzywioną bólem nie do wyrażenia, ale nie mógł się powstrzymać, aby nie zadawać cierpienia. Znalazł ujście dla swoich złych emocji, które targały nim przez ostatnie dni, cieszył się, że zadawał ból komuś, z kim powiązania miał Dumbledore, cieszył się prawie tak, jakby to właśnie jemu, Krzywonosemu, zadawał ten ból... Dzika rozkosz spływała po różdżce do jego umysłu, gdy wymierzał karę tej szumowinie za to, że śmiał myśleć, iż przechytrzy Lorda Voldemorta... Chciał rzucić Mordercze Zaklęcie, prawie nie mógł się powstrzymać, chciał poczuć ten dreszcz podniecenia, gdy ogląda czyjąś twarz w chwili, gdy Śmierć zagląda mu w oczy, gdy nadchodzi Koniec... Coś, co spotyka każdego śmiertelnika, każdą bezwartościową wszę, tylko nie jego...
Nie mógł tego jednak zrobić. Resztkami sił powstrzymał się, by nie wypowiedzieć formuły
tego zaklęcia.
- Co łączy cię z Dumbledore'em? - dociekał Voldemort, niecierpliwie krążąc w tę i we w tę przed Staedtlerem. - Kto z rady pójdzie za nim w zaparte? A kto jest skłonny zmienić zdanie? Mów wszystko, co wiesz!
Staedtler po raz pierwszy podniósł wzrok na Riddle'a. Jego oczy były przekrwione, powieki sine, brązowa broda zlepiona od potu. Wyglądał, jakby za chwilę miał wyzionąć ducha. Tom nie mógł na to pozwolić, śmierć lub zniknięcie członka Rady Nadzorczej byłyby podejrzane.
- Niech odpocznie - rzekł niespodziewanie, zanim Staedtler zdążył cokolwiek odpowiedzieć. - Dajcie mu coś do jedzenia. Dołohow i Nott, pełnijcie przy nim wartę przez noc, Lestrange, ty obejmiesz ją rano. Jutro po południu znów z nim
porozmawiam...
Głowa Marcusa opadła bezwładnie na bok.
- Trzeba powiadomić ministerstwo, że jutro pan Staedtler nie zjawi się w pracy - oznajmił Riddle. - Wymyślcie jakąś chorobę, to musi być wiarygodne, nikt nie może podejrzewać czegoś niezwykłego. Czy on ma żonę?
- Tak, Elwira Staedtler, gospodyni domowa - powiedział Evan Rosier.
- Ją powiadomcie, że nawał pracy wymaga od niego pozostanie w biurze... a może lepiej wyjazdu w plener, coś z dzikimi zwierzętami. Posłużcie się jego pismem. Imperius powinien pomóc. To twoja działka, Mulciber.
Mulciber zasalutował Tomowi, sygnalizując gotowość.
- Do dzieła - mruknął Riddle, a po chwili deportował się. Musiał wrócić na noc do Hogwartu.
*
- Zacznijmy jeszcze raz - powiedział Voldemort, usiłując utrzymać swoje zniecierpliwienie na wodzy. - Kiedy ostatnio kontaktowałeś się z Dumbledore'em?
Marcus Staedtler wyglądał trochę lepiej niż wczoraj wieczorem. Dziś jeszcze ani razu nie został potraktowany Cruciatusem. I nie było śmierciożerców. Tylko jeden, Lestrange, stał parę kroków za swoim przywódcą.
- W zeszłym tygodniu - odpowiedział cicho Marcus.
- Rozmawialiście o wyborach na dyrektora?
- Nie.
- To o czym rozmawialiście?
Staedtler milczał. Odwrócił głowę w bok.
Riddle postanowił przestać posługiwać się Cruciatusem. Miał inny pomysł na torturowanie więźnia i wyciąganie z niego informacji.
- Miałem dziś lekcje z twoją córunią, wiesz? - powiedział cicho, szyderczo. - Czwarta klasa, Gryffindor, zgadza się?
Staedtler spojrzał na Toma ze strachem.
- Mój Boże, jak taki nikczemnik, jak ty, może być nauczycielem w Hogwarcie... - rzekł słabym, drżącym głosem. Voldemort zaśmiał się, okrutny, zimny śmiech, sprawiający, że Marcus poczuł się, jakby wbijano mu igły w plecy, poniósł się echem w mrocznym, nieprzyjaznym pustostanie.
- Hilda Staedtler nie uczy się najgorzej, ale obraca się w takim towarzystwie, że może w każdej chwili zasłużyć na szlaban - ciągnął bezlitośnie Riddle. - Lochy w Hogwarcie są tak obszerne, że znalazło by się ciemne miejsce, w którym mogłaby sprzątać przez całą noc...
Krople potu wystąpiły na czoło Marcusa.
- Albo Zakazany Las... Jest tam tyle drzew, że mogłaby je liczyć przez cały tydzień, a i tak by jej została jeszcze połowa lasu... A ile tam ciekawych stworzeń... mogłaby je badać, mogłaby założyć album i opisywać w nim różne gatunki...
- Przestań... przestań... - jęczał Staedtler.
- A wiesz, Marcusie, jest też w Hogwarcie taka łazienka, mieszka w nim duch dziewczynki...
- Przestań...
- I jest zejście do korytarza...
- Skończ już! - zawył Marcus. - Nie chcę tego słuchać!
- To weź się w garść, Staedtler, odpowiadaj na moje pytania i rób, co ci każę! - zasyczał Tom. - Co cię łączy z Dumbledore'em?
Staedtler przełknął ślinę.
- Byłem kiedyś jego uczniem... - wydyszał. - Pomógł mi, groziło mi wydalenie ze szkoły...
- Za co?
- W szóstej klasie doszło do pojedynku między mną a Frentholy'em... Pojedynki były nielegalne...
- Pamiętam to! - zawołał Voldemort i zaśmiał się dziwnie, ciemne oczy spojrzały gdzieś w dal. - Ciebie też już pamiętam, byłeś Gryfonem.
Staedtler spojrzał na Toma z mieszaniną lęku i zaciekawienia na twarzy.
- Ale ja nie kojarzę ciebie - powiedział, wciąż mu się przyglądając.
- Zmieniłem nazwisko, wygląd... - rzekł Riddle, niedbale machając dłonią o nienaturalnie długich palcach. - Ale nie odbywamy sentymentalnej podróży w bezpieczne szkolne czasy. Jesteś tu sam, Staedtler, nie dam ci szansy pojedynkowania się ze mną. Jeśli chcesz, ratuj żonę, córkę... Odpowiadaj na moje pytania.
Czerwony błysk w oczach Voldemorta nie pozostawiał złudzeń. Marcus znalazł się w niebezpieczeństwie. Jego rodzina również.
- Kto z Rady Nadzorczej, podobnie jak ty, jest za Dumbledore'em? - spytał zimnym, znudzonym głosem Riddle, turlając między chudymi palcami swoją różdzkę.
- N-nikt... - wyjąkał Marcus.
- Nie kłam! - zasyczał Tom. - Chcesz ich ratować, ukrywając ich preferencje? Możesz to robić, ale kosztem siebie i swojej rodziny.
Staedtler z rezygnacją pokręcił głową. Znalazł się w jakimś koszmarze. Po co wtrącał się w sprawy między Dumbledore'em a tym szaleńcem? A tak chciał pomóc Albusowi, tak mu życzył powodzenia... Teraz zaszkodził sobie i swoim najbliższym...
- Dobrze myślisz, Marcusie, prawdziwa nuta refleksji... - wycedził Voldemort szyderczym tonem, krążąc wokół przywiązanego do krzesła Staedtlera.
Marcus zaczął dyszeć, strużki potu spłynęły po policzkach i utonęły w starganej, brudnej brodzie.
- Czy ty nie masz żadnych uczuć? - zawołał, a głos załamał mu się. - Bądź człowiekiem!
Voldemort zaśmiał się, najokrutniej chyba, jak tylko mógł.
- Tak to właśnie wygląda - rzekł spokojnie Riddle, nadal spacerując wolnym krokiem. - Ty jesteś bezpowrotnie pogrążony w uczuciach... a ja się z nich śmieję.
Staedtler zaszlochał. Jego ciałem wstrząsnęły spazmy, ale niewidzialne liny były nieubłagane, nadal ciasno go oplatały.
- Pomyśl jednak rozsądnie - ciągnął Tom. - Komu co wyszło na dobre? Kto jest na górze? A kto siedzi spętany?
I wybuchnął głośnym, bezlitosnym śmiechem, a im głośniej się śmiał, tym głośniej Marcus jęczał, ból targający więźniem zamieniał się w krzyk rozpaczy. W końcu Riddle wycelował różdzkę w Staedtlera i uciszył go.
- Nie jęcz mi tutaj, nie jesteś bachorem - rzekł zimno. Głos uwiązł Marcusowi w krtani. - Mów, co z tą Radą Nadzorczą, albo zaraz ściągniemy tu twoją żonę.
Groźba przyniosła efekt. Gdy Tom cofnął zaklęcie milczenia, Staedtler zaczął mówić.
- Z tego, co wiem, to tylko jeden jest ostatecznie zdeklarowany głosować na Dumbledore'a. To Alan Limelight.
- A Parcus?
- Nie zdradził nikomu swojego stanowiska - mówił Marcus. - Chyba uważa, że jako Przewodniczący nie powinien.
- A kto jest za mną?
Staedtler zawahał się.
- Zapewne Anatol Travers - rzekł. - Czytałem jego wypowiedź w "Proroku".
- O innych ci nie wiadomo?
Marcus pokręcił głową.
Voldemort odszedł od niego. Zwrócił się do Rudolusa Lestrange'a.
- Przyprowadź mi Mulcibera.
Rudolf kiwnął głową i deportował się.
- Marcusie, twoja kilkudniowa nieobecność w pracy wzbudziłaby niepokój - powiedział Tom. - Poza tym musisz stawić się na naradę, podczas której wybierzecie... dyrektora. - Uśmiechnął się jadowicie. - Dlatego kończy się twój pobyt tutaj. Odsyłamy cię do domu.
Marcus Staedtler spojrzał z niedowierzaniem na swojego oprawcę.
- Ale nie mogę pozwolić, abyś pisnął komukolwiek słówko, gdzie i z kim byłeś przez ostatnią dobę - ciągnął Riddle. - Dlatego rzucimy na ciebie Imperius. Bo obawiam się, że samo Obliviate nie byłoby dobrym wyborem, musisz jeszcze oddać swój głos na mnie.
Staedtler przełknął głośno ślinę. Tom krążył dalej wokół niego.
- A żeby twoja żona nie podejrzewała, że jesteś jakiś
inny, nią też się zajmiemy.
- Nie! - krzyknął Marcus. Riddle nie zdążył nic odpowiedzieć, bo w tej chwili w pustostanie aportowali się Lestrange i Mulciber.
- Och, Mulciber, wiesz, co masz robić? - spytał beztrosko Voldemort.
Mulciber, jakby w odpowiedzi na to pytanie, zbliżył się swoim wolnym, kołyszącym krokiem do Staedtlera i z półuśmiechem podnieconej pielęgniarki, która zamierza wbić przestraszonemu dziecku igłę w skórę, wycelował w niego różdzkę.
*
W noc poprzedzającą wybór Rady Nadzorczej Tom Riddle prawie nie spał. Długo krążył po gabinecie, a rozmaite myśli wirowały mu w głowie. Próbował zrelaksować się, nastawiając adapter, ale muzyka powodowała, że stawał się jeszcze bardziej drażliwy. Jednym gwałtownym ruchem uciszył adapter, a potem znów zaczął chadzać w tę i z powrotem.
Jestem zwycięzcą, nie mogę odpoczywać, mówił sobie, a za chwilę obawa przed możliwością odniesienia porażki blokowała w nim wszelką nadzieję i związane z nią radosne uniesienia.
Przecież nigdy jeszcze nie przegrałem, Tom próbował ułożyć sobie wszystko w głowie.
Moje życie jest pasmem zwycięstw nad innymi, dlaczego nagle miałoby to się zmienić?
A dlaczego nie miałby nadejść ten pierwszy raz?
I tak, miotany sprzecznymi myślami, poddawał się chłodnemu dotykowi lęku, upiornemu jak słabe, migoczące światło lampy naftowej, stojącej na biurku. Riddle zasiadł za nim. Myślał.
Czyż nie zrobiłem wszystkiego, co się dało? Czyż nie zaangażowałem armii oddanych mi ludzi? Czyż nie wypytałem dokładnie tego gnidę, Staedtlera? Dumbledore nie działał tak sprytnie. W ogóle nie działał. Czyżby liczył na łut szczęścia? Jego beztroska jest porażająca, budzi odrazę, ale i nadzieję...
Dwudziesty czwarty listopada był wtorkiem i Tom musiał prowadzić lekcje. Zajęcia były skrócone, miały trwać do godziny dwunastej. Po przybyciu do Hogwartu wszystkich dwunastu członków Rady Nadzorczej miała odbyć się narada, na której padnie ostateczny werdykt. Zostanie on ogłoszony wieczorem, w obecności wszystkich nauczycieli.
Podczas zajęć obrony przed czarną magią Riddle robił co mógł, by skoncentrować się i prowadzić lekcje tak jak zawsze.
- Jest pan niesamowity - powiedział jeden ze Ślizgonów, gdy kończyły się ostatnie w tym dniu zajęcia. - Dziś jest dla pana tak ważny dzień, a pan jest zupełnie opanowany! Jak pan to robi?
Klasa zawtórowała Ślizgonowi zgodnym pomrukiem wyrażającym podziw.
- Cóż... - rzekł Tom, opierając się o biurko na katedrze i formując w głowie odpowiedź. - Oczywiście, jest to dla mnie bardzo ważny dzień i przejmuję się werdyktem. Jestem pewny, że profesor Dumbledore również.
Uczniowie wstrzymali oddechy czekając, aż profesor Voldemort doda coś jeszcze na temat swojego rywala.
- Myślę, że każdy z nas przyjmie godnie werdykt Rady Nadzorczej, niezależnie od tego, jaki on będzie - powiedział, powstrzymując jednak szyderczy uśmiech, jaki cisnął mu się na twarz. - A teraz zbierajcie się, zgodnie z poleceniem macie się udać do Wielkiej Sali. Niedługo mają przybyć do szkoły członkowie Rady Nadzorczej.
- Panie profesorze! - ktoś zawołał. - A czy my dowiemy się dzisiaj, kto wygra? Podobno werdykt ma być odczytany tylko w obecności nauczycieli!
Klasa wydała buntownicze odgłosy.
- Ale jak pan zostanie już tym dyrektorem, czego jestem w stu procentach pewien, może pan wydać rozporządzenie, że Hogwart wydaje dziś w nocy balangę na cześć wygranej pana profesora! - zawołał inny Ślizgon, uważający się za wystarczająco mocno spoufalonego z nauczycielem, by żartować w ten sposób.
Riddle zmusił się do skąpego uśmiechu.
- Idźcie już do Wielkiej Sali - powiedział stanowczo, a uczniowie posłusznie wymaszerowali z klasy. Nie uważał za konieczne dzielić się z tymi młodzieńcami własnymi odczuciami i przemyśleniami. Ani z nimi, ani z kimkolwiek innym.
Członkowie Rady Nadzorczej zostali z honorami przywitani w sali wejściowej Hogwartu. Podczas wspaniałego obiadu zostali usadowieni przy stole prezydialnym, gdzie wyczarowano dodatkowe dwanaście krzeseł. Po posiłku zostali odprowadzeni przez nauczycieli do jednej z nieużywanych klas, zamienionych na tę okazję w salę obrad, na którą rzucono wszelkie uszczelniające zaklęcia, tak że ewentualne podsłuchiwanie narady było niemożliwe.
Gdy nauczyciele i członkowie rady stali przy wejściu do sali, Tom silniej niż kiedykolwiek przedtem czuł wyobcowanie od reszty hogwarckiego ciała pedagogicznego. Stał nawet trochę dalej od nich, gdyby nie jego wyprostowana i pewna postawa, mógłby przypominać zagubionego ucznia, który pierwszy raz przychodzi na lekcje z nową klasą, w której nikogo nie zna. Raz czy dwa razy zderzył się spojrzeniem z Dumbledore'em. Z twarzy rywali nie dało się jednak odczytać żadnego wyrazu. Nie powiedzieli do siebie ani słowa. Podobnie Marcus Staedtler, wchodzący do sali za pozostałymi członkami Rady Nadzorczej, nie dał po sobie poznać, że kiedykolwiek spotkał się z Voldemortem i doświadczył od niego tyle bólu. Przeszedł obok niego z dziwnie pustym wyrazem twarzy, pod działaniem Imperiusa, nie zaszczycając spojrzeniem.
Dopiero gdy drzwi klasy zamknęły się, a nauczyciele zaczęli się rozchodzić w małych grupach, Slughorn podszedł do Toma, klepnął go po ramieniu, mrugnął okiem i odszedł bez słowa. Profesor Kidney zatrzymała się przy Tomie trochę dłużej.
- Kochany - odezwała się niepewnym głosem, gdy inni nauczyciele byl już na tyle daleko, że nie mogli ich usłyszeć. - Ja wiem, że to, co mówiłam do ciebie ostatnim razem, nie mogło być dla ciebie miłe. Wiedz jednak, że niezależnie w jakiej sytuacji się znajdziesz, zawsze będę życzyła ci powodzenia.
I odeszła, ze łzami w oczach, wzruszona do granic możliwości. Riddle z kamiennym wyrazem twarzy obserwował jej korpulentną postać, aż zniknęła za rogiem korytarza.
Czas oczekiwania dłużył się niesamowicie. Tom zadręczał się myślami, czy wszystko zostało zrobione, jak należy. Cała ta sytuacja była dla niego o tyle nowa, że pierwszy raz nastąpił moment, że już nic nie mógł zrobić. Zabicie kogokolwiek, torturowanie już nie mogło przynieść efektu. Mógł tylko czekać.
W końcu, po dwóch godzinach, a był już wieczór, zwołano nauczycieli do pokoju nauczycielskiego. Był tam Tobias Parcus, Przewodniczący Rady Nadzorczej Hogwartu. Trzymał w dłoniach elegancki, zalakowany pergamin, z którego miał odczytać werdykt.
Wszyscy nauczyciele zasiedli przy stole, stali tylko Riddle, Dumbledore i Parcus. Tom i Albus starali się na siebie nie patrzeć. Napięcie było tak silne, że nie mogli się do tego zmusić.
- Rada Nadzorcza podjęła decyzję - oznajmił Parcus, z nieznośnym uśmiechem przylepionym do chudej twarzy. Sprawiał wrażenie człowieka, który napawał się uczuciem wywoływania w kimś niepokoju. Spoglądał raz na Dumbledore'a, raz na Riddle'a, ale obaj mieli opanowany wyraz twarzy. Nie chcieli dać satysfakcji ani Parcusowi, ani sobie nawzajem.
Parcus najwyraźniej uważał, że ma czas na odczytanie werdyktu, bo nie spieszył się z otwarciem pergaminu, na którym spisał decyzję rady. Tymczasem przez umysł Toma przewijały się setki myśli, zupełnie od siebie różne, jasne i ciemne, napawające wiarą i niepokojące. Wszelkie wątpliwości dopadały go i uniemożliwiały racjonalne myślenie.
Toczył się w nim zażarty bój. Przychodziły mu do głowy różne zaklęcia. Może by tak ich wszystkich oszołomić, potem rzucić Obliviate? Nie, to zbyt ryzykowne. A Imperius? Nie wiedział, czy da radę zrobić do niepostrzeżenie, otaczali go nauczyciele, którzy byli wytrawnymi czarodziejami. Jest sam, czy uda mu się ich wszystkich pokonać w pojedynku? Ale to i tak niesie ze sobą duże niebezpieczeństwo, że zostanie zdemaskowany...
Ciśnienie sięgało zenitu. Dumbledore zakołysał się na piętach.
- Stosunkiem dziesięciu głosów do dwóch...
Parcus trzymał przed sobą rozwinięty pergamin, ale na parę sekund oderwał od niego wzrok. Spojrzał osobliwie na Voldemorta... zdawało się, że trwało to wieki... a potem skierował wzrok na Dumbledore'a, ale tylko na chwilę, ukradkiem.
- ...nowym dyrektorem Hogwartu zostaje...
Napięcie przeszyło umysł Riddle'a z siłą stalowego miecza.
Nie wytrzymał. Instynktownie zacisnął długie białe palce na różdżce schowanej w połach szaty.
komentarze [26]piątek, 22 lutego 2008
8. Szlachetna czysta krewRudolfus Lestrange szedł właśnie zupełnie pustą Aleją Śmiertelnego Nokturnu i zaraz miał skręcić w Pokątną. Śnieg, który przedwcześnie zagościł w Londynie, już zdążył zmienić się w rozległe, płytkie kałuże, ciemne plamy wciągane przez uchylone okienka do piwnic wysokich, zaniedbanych domów. Choć dopiero co wybiło południe, na Nokturnie było ciemno, ale mimo to Rudolf mógł dostzec swoje odbicie w wodzie, odbicie szczupłego, wysokiego mężczyzny w drogich szatach i z długimi, brązowymi włosami, które falami opadały na jego plecy. Nad nim, wysoko, płynęły po niebie ponure chmury.
Rudolf wdrapał się na wybrakowane ceglane stopnie i przeszedł pod kamiennym łukiem łączącym dwie kamienice naprzeciw siebie. Znalazł się na Pokątnej, ulicy o wiele przestronniejszej i jaśniejszej od Nokturnu. Mimo nieprzyjemnej pogody, wszystkie sklepy i punkty usługowe były otwarte, a mężczyźni i kobiety w barwnych szatach czarodziejów krążyli w tę i z powrotem.
Lestrange ruszył w stronę Dziurawego Kotła. Mijał po drodze kolorowe ekspozycje, o wiele bardziej żywotne od wszystkiego innego, co w tej chwili go otaczało - zabytkowych domów z pielęgnowanymi fasadami, nieco przekrzywionego chodnika, a także tych wszystkich ludzi z markotnymi minami, podążającymi szybko ku swym celom. Rudolf nie miał jednak czasu ani ochoty, by przyglądać się tym świecidełkom. Zatrzymał się jednak na chwilę nieopodal Banku Gringotta, bo usłyszał strzęp rozmowy trzech czarownic w wytartych szatach i postrzępionych kapeluszach.
- ...wiadomo, co to za nazwisko?
- Nie mam pojęcia. Czemu
lord? Nadano mu tytuł?
- Ile on właściwie ma lat?
- Piszą, że skończył Hogwart w czterdziestym piątym. To w którym on mógł się urodzić?
- Pewnie w dwudziestym siódmym, albo coś koło tego...
- No to policzmy, ile on ma lat... Mamy sześćdziesiąty trzeci...
- Ma trzydzieści sześć.
- Och, to faktycznie młody wiek... I już dyrektorstwo? Taka szycha?
- A jak on wygląda? Czemu nie zamieścili w tym szmatławcu zdjęcia?
- A właśnie słyszałam, że jakoś dziwnie wygląda. Ponoć staro.
- Skąd możesz to wiedzieć?
- Daniela mi mówiła. Jej najmłodsza córka jeszcze siedzi w Hogwarcie.
- Dziwne to. Co to może być za człowiek? Może skrywa jakieś tajemnice?
- Ja tam myślę, że on wcale nie istnieje... Może tak być, prawda? Chcą nam wcisnąć jakiś kit! Jak zawsze...
Rudolf ruszył. Niewarto było się temu przysłuchiwać. Stare wiedźmy, zamiast siedzieć w domu, szlajają się razem i dochodzą do głupich, niedorzecznych wniosków, by potem je szerzyć między sobą.
Lestrange przeszedł przez dziurę w murze i przez podwórze wszedł do Dziurawego Kotła.
- Dzień dobry, panie Lestrange! - zawołał barman Tom. - Co panu podać?
- Jedną whisky - odburknął Rudolf, rozglądając się po pubie. W końcu odnalazł wzrokiem osobę, z którą był umówiony. Doszedł do stolika łysego mężczyzny w czarnej szacie o chudej twarzy i zakrzywionym nosie.
- Witaj, Rudolfie - rzekł cynicznym głosem Dołohow, szczerząc żółte zęby w okrutnym uśmiechu. Jego zacienione oczy były dzikie, krążyły w lewo i w prawo, lutrując każdy kąt pubu.
Lestrange nie odpowiedział na powitanie. Usiadł na krześle naprzeciw Dołohowa. Po chwili podbiegł barman Tom, wręczając mu szklankę z whisky.
- Upewniłeś się o adresie? - spytał Rudolf swojego towarzysza, ignorując barmana, który szybko odszedł od ich stolika.
Antonin pokiwał wolno głową, uśmiechając się nieprzyjemnie.
- Grimmauld Place dwanaście - powiedział powoli. - Żadnych zaklęć ochronnych. Możesz spokojnie zapukać do drzwi.
Rudolf zmierzył go sceptycznym spojrzeniem.
- Słyszałem o Orionie Blacku różne rzeczy - mruknął. - Ma trochę poprzestawiane we łbie. Avery mówił mi, że raz przywieźli go do Munga.
- Zwykły choleryk - zachrypiał Dołohow, machając kościstą ręką. - Kozaczył w ministerstwie pod biurem bandy amnezjatorów, Rosier mi opowiadał. Ale u siebie w domu raczej jest spokojny. Żona go trzyma na wodzy. - I zaśmiał się. - Ale w razie czego, rozwalisz go jednym zaklęciem, i po sprawie.
- Wiesz, że nie w tym rzecz, Antoninie - powiedział ostro Rudolf. - Voldemort by się wściekł. Mamy zabiegać o ich względy. To stary, czarodziejski ród. Czysta krew od niepamiętnych czasów.
- Być może - mruknął Dołohow. - Dla mnie to banda pacanów. Gdyby któreś z nich rzuciło na mnie Zaklęcie Uśmiercające, nawet bym nie spadł z krzesła.
- No, no, tylko nie dawaj tutaj popisu siły, Dołohow - rzucił chłodno Lestrange. - Już dosyć żeśmy się nabawili w Albanii ostatnim razem. Teraz daj sobie na wstrzymanie.
Na twarzy Antonina pojawił się grymas.
- Idę - oświadczył Rudolf, kładąc na stolik kilka sykli za whisky. - Blackowie to jeden z ważniejszych punktów mojego programu. Mają silną pozycję.
I, nie mówiąc nic na pożegnanie, opuścił pub i deportował się w jednej z bardziej ustronnych, bocznych londyńskich uliczek.
*
Podobnie jak na Nokturnie, tak i na Grimmauld Place zadomowiły się świeże, obfite kałuże. Zalany plac z otaczającymi go wysokimi, ponurymi domami, nasuwał skojerzenie z modelem jakiejś posępnej krainy jezior.
Rudolf nie przyglądał się długo miejscu, w którym się znalazł, tylko od razu ruszył prosto do czarnych drzwi domu z numerem dwanaście. Srebrna klamka miała kształt węża - dokładnie tak, jak w wielu innych domostwach, które ostatnimi dniami odwiedził. Malfoyowie, Rosierowie, Crabbe'owie, Goyle'owie, Wilkesowie, Carrowowie, Avery'owie, Traversowie, a także Lestrange'owie, kuzynostwo i wujostwo Rudolfa - oni wszyscy byli silnie związani z domem Slytherina i jego tradycją. A ród Blacków może nawet bardziej.
Zapukał w czarne drzwi. Po chwili usłyszał dudnienie par stóp o drewnianą podłogę, coraz głośniejsze, aż zupełnie ucichły. Ktoś za drzwiami musiał teraz zerknąć przez judasza, bo rozległo się ciche, charakterystyczne pyknięcie. A potem srebrny wąż obrócił się i czarne drzwi otworzyły się. W progu stała kobieta w długiej i staromodnej czarnej sukni ze sztywnego materiału, zapięta po samą szyję. Miała poważną, surową twarz i podejrzliwe spojrzenie. Nie była piękna. Z ciasno upiętymi, brązowymi włosami kojarzyła się Rudolfowi z guwernantką.
- Pani Walburgia Black? - zapytał uprzejmie. - Jestem Rudolfus Lestrange.
Pani Black wyciągnęła szczupłą dłoń w stronę Rudolfa, a ten ujął ją i ledwie musnął wierzchem warg.
- Lestrange - powtórzyła cicho pani Black. Jej wyraz twarzy nieco złagodniał, gdy wzrokiem mierzyła Rudolfa i jego bogatą, elegancką szatę. - Wspaniałe nazwisko, doprawdy. I jest pan punktualny. Zapraszam do środka. - I usunęła się w bok, by zrobić mu przejście.
Rudolf znalazł się w wąskim, mrocznym przedpokoju. Świece w kandelabrach rzucały słabe, rozdygotane światło na przeciwległą ścianę.
- Proszę do salonu - rzekła pani Black, prowadząc Lestrange'a po schodach i otwierając drzwi do wielkiego pokoju. - Proszę się rozgościć. Ja zaraz przyjdę z mężem.
Salon Blacków był urządzony dokładnie w tym samym stylu, co salony innych czarodziejskich rodów, chełpiących się kilkusetletnią tradycją. Pełno tu było skarbów i pamiątek gromadzonych przez wieki. Puchary z godłem Blacków spoczywały na okapie wielkiego kominka. Centralne miejsce na ścianie zajmował gobelin przedstawiający genealogię rodu.
Drzwi salonu otworzyły się. Ponownie weszła Walburgia, tym razem w towarzystwie nieco krępego mężczyzny w wypłowiałej złotej szacie, z rozwianymi, przydługimi blond włosami i potarganymi pejsami.
- Witam, panie Lestrange - rzekł jowialnie, podchodząc do Rudolfa i ściskając mocno jego dłoń swoimi obiema rękami. - Jestem Orion Black. Proszę siadać. - Wskazał jedno z mosiężnych krzeseł przy stole. Rudolf usiadł, odrzucając do tyłu swoje wspaniałe włosy. Państwo Black usiedli naprzeciw niego.
- Co pana do nas sprowadza? - spytał Orion, krzywiąc się, bo właśnie gorączkowo grzebał w kieszeni swojej szaty.
- Składam grzecznościową wizytę - odpowiedział dyplomatycznie Rudolf. Pan Black zarechotał.
- Trzeba podtrzymywać relacje, co? - rzucił, patrząc na Rudolfusa i uśmiechając się osobliwie. Wyglądał na zadowolonego, goszcząc w progach kogoś o nazwisku Lestrange.
Wyciągnął z kieszeni misternie ciosaną fajkę. Wetknął ją sobie do ust, ale zaraz wyciągnął.
- Zostawiłem tytoń w gabinecie - wymamrotał. - Gdzie ten cholerny skrzat?... Stworku!
Dokładnie po sekundzie w salonie aportował się młody skrzat w szarawej przepasce na biodrach. Stworzenie skłoniło się nisko.
- Do usług, mój szanowny panie - zaskrzeczał skrzat.
- Stworku, przynieś tytoń z mojego gabinetu - powiedział niedbale pan Black. - A potem zejdź do spiżarni i przynieś czerwone wino, to stuletnie. Pan reflektuje? - spytał, znów spoglądając na Rudolfa z tym swoim uśmiechem, pełnym jakiejś podniety.
- Owszem, chętnie.
Skrzat raz jeszcze się skłonił i deportował się z trzaskiem.
- Pan Lestrange chętnie wypije z nami nasze dobre, stuletnie wino, Walburgio - zaskrzeczał Orion, patrząc na żonę i znów przykładając fajkę do warg, jakby nie mógł doczekać się wciągnięcia w płuca tego tytoniu, który został w gabinecie. Potem pan Black znów skierował wzrok na Rudolfa, mrugnął do niego okiem i zarechotał. Pani Black rzuciła mężowi srogie spojrzenie, a potem odwróciła twarz w przeciwną stronę. Oboje byli tak różni. Ona trzymała się sztywno na krześle w tej czystej, wykrochmalonej sukni, cała była jakaś świeża, pachnąca, twarz miała ściągniętą w napięciu, a on siedział rozwalony, co chwila wybuchał śmiechem, poruszał nieogolonymi szczękami, obgryzając koniec fajki, i stroił miny do Rudolfa.
W salonie ponownie zjawił się skrzat, niosąc na dużej tacy pojemnik z tytoniem, butelkę wina i czyste, wyszorowane puchary w herbem rodowym.
- Dooobryy skrzaaciik - zaśpiewał pan Black, gdy Stworek podsunął mu tytoń. Orion zapalił fajkę, zaciągnął się i wypuścił z ust kłęby dymu. Raz jeszcze uśmiechnął się szeroko, gdy skrzat pstryknał palcami, a butelka sama zaczęła rozlewać wino do pucharów. - To na zdrowie - rzekł, biorąc puchar i wypijając duży łyk. Rudolf wziął w rękę drugi puchar i zaczął powoli sączyć wino. Pani Black siedziała nieruchomo z surową miną.
Skrzat zniknął. Orion czknął głośno, odłożywszy pusty puchar.
- Śnieg pada - stwierdził niespodziewanie, patrząc mętnym wzrokiem w okno. Faktycznie, niewielka ilość płatków śniegu powoli opadała na ziemię.
- To o czym chce pan pogadać, hę? - wychrypiał pan Black. - Panie Lestrange?
Rudolf wyprostował się na krześle.
- Zastanawiałem się, czy dotarła do was wieść o wyborach na nowego dyrektora Hogwartu - powiedział.
- Oczywiście, że dotarła - mruknął pan Black.
- Macie już swoje na zdanie na temat, kto powinien zastąpić Dippeta? - spytał Rudolf, ale nie otrzymał odpowiedzi, bo drzwi salonu właśnie się otworzyły i wszedł mały chłopiec o czarnych włosach.
- Dzień dobly - zaszczebiotał wesoło. Pani Black szybko poderwała się z krzesła.
- Syriuszu, dorośli rozmawiają - powiedziała karcącym tonem. - Zmykaj.
- Maamooo... - zawył chłopiec.
- Syn? - spytał Rudolf Oriona.
- Najstarszy - rzekł z dumą pan Black. - Ma trzy lata. Mamy jeszcze Regulusa, jest o rok młodszy. Walburgio, pozwól mu zostać! - zawołał.
- Może i bym mu na to pozwoliła, gdybyś nie palił tego świństwa - rzuciła ostro pani Black. - Może mu zaszkodzić!
I wyszła z salonu razem z małym Syriuszem. Pan Black zrobił do Rudolfa niewinną minę.
- Wszyscy mężczyźni w naszej rodzinie palili - stwierdził beztrosko, a potem mruknął coś jeszcze, a Lestrange usłyszał "honor".
- No to co, mówiliśmy o... - zaczął pan Black, przecierając oczy palcami, a Rudolf dokończył za niego:
- O tym, kto ma zostać dyrektorem Hogwartu.
- Taaa... - zamruczał pan Black. - To kto?
- Kandydatów jest dwóch - powiedział Rudolf, bo zdawało mu się, że Orion Black nie jest zaznajomiony ze sprawą. - Albus Dumbledore i Lord Voldemort.
- Ten drugi mi się podoba - rzekł szybko pan Black, znów zaciągając się fajką i patrząc w jakąś daleką przestrzeń.
- Dużo pan o nim słyszał?
- Nie, tam... Pierwsze słyszę. Nazwisko mi się podoba. Chociaż nie znam.
Rudolf westchnął. Czekał na powrót pani Black. Miał nadzieję, że ona nie będzie taką ignorantką wobec sprawy.
- A ty za kim trzymasz? - spytał pan Black, czkając głośno. - Hm? Panie Lestrange?
- Lord Voldemort to mój bliski znajomy - rzekł Rudolf. - Przyjaciel jeszcze z czasów szkolnych. Uważam, że nadaje się najlepiej na to stanowisko.
- Jakie ma poglądy?
- Poglądy?
- No... ogólnie... krew i te sprawy - wymruczał pan Black.
Rudolf wziął łyk wina.
- Godne Slytherina - rzekł enigmatycznie.
- Czyli że... że co... że będzie brał do szkoły tylko tych, co do Slytherina trafią? - spytał pan Black, mrużąc oczy.
- Z pewnością Ślizgoni będą mogli liczyć na specjalne względy - powiedział Rudolf. - Wartość czystej krwi w Hogwarcie wzrośnie. Ostatnio niepokojąco spadła. A jeśli wybory wygra Dumbledore, zupełnie przestanie się zwracać na to uwagę.
- To Dumbledore jest taki...?
Rudolf nachylił się w stronę Oriona.
- On walczy o prawa mugolaków. O równość i takie tam.
- A to plugawiec! - zawołał pan Black. - Zdrajca. On pochodzi od mugoli?
- Nie, z rodziny czarodziejów.
- Zdrajca - powtórzył pan Black.
- A więc, jak pan widzi, Syriusz i Regulus dobrze będą mieli u boku Voldemorta - powiedział cicho Lestrange. - Otrzymają wszelkie honory, tak jak wszyscy uczniowie czystej krwi.
- Mhm - mruknął Orion. - A szlamy?
- Będą stopniowo tępione.
- Wchodzę w to - oznajmił pan Black. - Chcę, żeby Lord był dyrektorem.
- Decyzję podejmuje Rada Nadzorcza Hogwartu.
- Ach, tak... A ich status krwi jest jaki? Członków tej rady?
- Nie wszystkich udało mi się ustalić - rzekł Rudolf, wzruszając ramionami. - Ale to nie ma wielkiego znaczenia dla powodzenia Voldemorta. Ich wszystkich... albo chociaż większość... trzeba przekonać do tego, żeby go poparli.
- Jak to zrobić?
- Są pewne sposoby. Może pan pomóc.
Orion nachylił się do Lestrange'a.
- Jak? - szepnął.
- Wystarczy, że wpadnie pan do ministerstwa, sypnie złotem i wyrazi swoją opinię.
Oczy pana Blacka zawirowały.
- Ty tak zrobiłeś?
- Tak - skłamał Rudolf. - A jeśli Voldemort wygra, to ja zostanę nauczycielem i będę uczył pańskich synów.
Pan Black uśmiechnął się powoli, Rudolf również. A potem obaj wybuchnęli śmiechem.
- Dobra, wchodzę w to - powiedział Orion, znów zaciągając się fajką i podając Rudolfowi rękę. - Sypnę tym złociskiem, co mi tam, niech moje dzieciaki mają w szkole szacunek, jak należy. Lord Voldemort, tak?
- Tak.
- Zapamiętam - mruknął pan Black, wstając. - No, to nie ma co zwlekać, Lestrange. Lecę do ministerstwa.
- W takim stanie? - Rudolf wskazał na opróżnioną butelkę i popiół na złotej, wypłowiałej szacie.
- Masz rację, bracie - wysapał Orion. - Jutro to zrobię.
I stał tak przez chwilę, pykając fajkę i przyglądając się Rudolfowi zmrużonymi oczyma.
- Ty... Musimy być rodziną - stwierdził po chwili namysłu. - Myślę, że jesteśmy spokrewnieni.
- Być może - mruknął Rudolf, kierując wzrok na gobelin.
- Tam nie patrz - zagrzmiał pan Black, wypuszczając z ust kłęby dymu. - Obejmuje tylko pewien pion, mogłeś się nie zmieścić. - Zamilkł, a po chwili powiedział: - Wybacz za moją żonę. Wyszła i nie wróciła. To dobra kobita, nasza, ale jest... - Orion szukał odpowiedniego określenia, ale nie znalazłszy go, rzekł: - No, jest jaka jest. Rozumiesz.
- Rozumiem. Ja też już pójdę.
- Co? - warknął pan Black, nieprzytomnym wzrokiem wpatrując się w Rudolfusa.
- Mam pewne zobowiązania.
- Och... Oczywiście... - bąknął Orion zmieszany.
- Dziękuję za gościnę.
Pan Black machnął dłonią.
- To ja dziękuję za wizytę - powiedział, odprowadzając Rudolfa do drzwi. - Będę miał co opowiadać. Pan Lestrange nas odwiedził... Zacna, czysta krew... - Mężczyzna westchnął z nostalgią i stuknął swoją różdzką w klamkę drzwi.
- Do widzenia, panie Black - rzekł Rudolf. - Niech pan pamięta o ministerstwie.
I wyszedł przez czarne drzwi, a za progiem deportował się prosto do Hogsmeade.
komentarze [9]wtorek, 12 lutego 2008
7. Pusty fotel dyrektora3 listopada 1963 roku zmarł śmiercią naturalną profesor Armando Dippet. Przeszukano gabinet dyrektora i stwierdzono tylko tyle, iż zastano niespotykany ład w obszernej kartotece, jaką prowadził. Zmarły nie pozostawił po sobie żadnych niewyjaśnionych spraw, żadnych nieścisłości. Nie znaleziono nawet testamentu. W związku z tym, wszystko, co było własnością Dippeta, miało przejść w ręce szkoły, a więc w zarządzanie przyszłego dyrektora.
W szkole ogłoszono kilkudniową żałobę. W Wielkiej Sali zawieszono czarny kir, a powiewające zwykle flagi z herbami czterech domów zostały zastąpione pogrzebowym całunem. Centralne miejsce przy stole prezydialnym - miejsce dyrektora - było puste.
Żal po stracie lubianego profesora Dippeta nie mógł trwać długo. Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że wkrótce następca zasiądzie za biurkiem w pustym obecnie gabinecie, strzeżonym przez kamienną chimerę.
W "Proroku Codziennym" pojawił się artykuł powiadamiający społeczność czarodziejów o całkiem spodziewanej od jakiegoś czasu śmierci Armanda Dippeta. Redakcja wyraziła obficie swój żal po utracie szanowanego czarodzieja, ale nie omieszkała wspomnieć, że Radę Nadzorczą czeka wyzwanie - wybór nowego dyrektora Hogwartu.
Zgodnie z uchwałą trzecią Wewnątrzszkolnego Kodeksu Hogwarckiego, nowy dyrektor Hogwartu zasiądzie w gabinecie dwudziestego pierwszego dnia od śmierci poprzednika.
Uchwała trzecia była Tomowi dobrze znana.
W ciągu siedmiu dni od śmierci lub dymisji dyrektora Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart zgłaszane są kandydatury na stanowisko dyrektorskie. Liczba kandydatur jest nieograniczona. Rada Nazdorcza Hogwartu, licząca dwunastu rodziców uczniów aktualnie uczęszczających do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, rozpatruje kandydatury w ciągu następnych czternastu dni, a ostatniego dnia rozpatrywania ogłasza werdykt, który nie może być już podważony przez Ministerstwo Magii, członków ciała pedagogicznego omawianej szkoły, ani uczniów i ich rodziców.
Tom nie próżnował. Zanim minął tydzień od śmierci Dippeta, zgłosił swoją kandydaturę u Przewodniczącego Rady Nadzorczej.
- No, proszę - zagdakał Tobias Parcus, drobny, łysy mężczyzna, Przewodniczący rady. - A już myślałem, że przyjemność wyboru nowego dyrektora ominie nas.
- Dlaczego? - spytał podejrzliwie Riddle.
- Proszę wyobrazić sobie, że jest pan dopiero drugą osobą, która się zgłasza - powiedział Parcus, dziwnie rozochocony. - Wprawdzie mogą jeszcze później napływać kandydatury, w ostatnim dniu, ale szczerze w to wątpię. Kandydaci na ogół zgłaszają się bardzo szybko.
- Kto jest moim... rywalem? - spytał Tom, przeczuwając jednak, że zna odpowiedź.
- Albus Dumbledore - rzekł Parcus, uśmiechając się szeroko. - Trudno teraz mówić, aby był on faworytem, bo na razie tylko ja jeden z rady wiem, że zgłosił się drugi kandydat, ale... będę z panem szczery... Już wcześniej mówiło się, że bez względu na ilość kandydatów, Dumbledore będzie faworytem. Wiele osób, nie tylko członków rady, widzi Dumbledore'a na tym stanowisku.
Parcus raz jeszcze się uśmiechnął, trochę przepraszająco. Riddle odszedł bez słowa.
Nikt więcej nie zgłosił swojej kandydatury na stanowisko dyrektora Hogwartu. Dzień po zamknięciu listy, ukazał się w "Proroku" artykuł, w którym pisano, że do roztrzygnięcia pozostały dwa tygodnie. Powtórzono też słowa Parcusa - że Dumbledore jest faworytem. Prawie cały artykuł poświęcono jego osobie. Rozpisano się na temat osiągnięć Dumbledore'a i jego długim stażu w szkole. O Tomie zanotowano ledwie dwa zdania na końcu artykułu.
Drugim kandydatem jest aktualny nauczyciel obrony przed czarną magią, pan Tom Riddle. Poza sukcesami pedagogicznymi w postaci dobrych wyników uczniów na egzaminach, nie ma on na koncie większych osiągnięć.
Tom aż zatrząsł się ze złości, gdy to przeczytał. Nie ma na koncie większych osiągnięć?! Ach, co za głupcy... A któż inny, prócz niego, stworzył więcej niż jednego horkruksa? Kto zaszedł dalej w boju o nieśmiertelność? No tak, ale skąd oni mogli o tym wiedzieć... Nie byłoby rozsądne chwalić się
tymi osiągnięciami. Ale przecież Lord Voldemort jest najinteligentniejszym, najprzebieglejszym czarodziejem! Jeszcze to udowodni... wygrywając wybory. Pomyślał o Dumbledorze. Ach, jak pragnął jego klęski! Jak bardzo chciał uczynić go przegranym.
Te czternaście dni to będzie prawdziwa walka. O wszystko.
Tego samego dnia Riddle spotkał się ze swoimi najbliższymi śmierciożercami w mieszkaniu Normana Notta.
- Problem polega na tym, że ja, w porównaniu do starego Dumble'a, jestem kompletnie nieznany - mówił, rzuciwszy czar uszczelniający drzwi mieszkania i zasłoniwszy okno ciemnym płótnem. - To trzeba zmienić. Nikt nie poprze mnie, jeżeli nie będzie wiedział, kim jestem i czego można się po mnie spodziewać.
- Chyba, że byłby wielkim wrogiem Dumbledore'a - powiedział Rosier.
- Masz rację, Evan - szepnął Tom. - Ale czy jest ich wystarczająco wielu?
Wśród śmierciożerców rozległ się pomruk.
- Cisza! - syknął Riddle. - Można podzielić społeczność czarodziejów na trzy zasadnicze grupy: entuzjastów Dumbledore'a, obojętnych wobec niego oraz wrogów. Dwie pierwsze grupy, które zdają mi się być najliczniejszymi, poprą jego.
- Ale jakie znaczenie ma cała społeczność czarodziejów? - spytał Avery. - Wybór należy do Rady Nadzorczej.
- Ma wielkie znaczenie, Avery - odparł Riddle. - Społeczność może wywierać ciśnienie na radę, na ministerstwo i na "Proroka". Nie muszę wam chyba mówić, jaki wpływ ta gazeta wywiera na ludzi?
- Kształtuje opinię - mruknął Nott.
- Tak - odrzekł Tom. - Ale najpierw redakcji "Proroka" trzeba ukształtować tę właśnie nową opinię. Jeśli ludzie zaczną wysyłać listy do "Proroka", w którym wyrażać będą poparcie dla mnie, to albo te listy będą publikowane, albo sam "Prorok" wskoczy na inny tor. Na
mój tor.
- I co, myślisz, że członkowie rady będą czytać tę gazetę? - spytał Avery.
- Oczywiście - powiedział Riddle. - Będą chcieli trzymać rękę na pulsie, dociekać, jakiej decyzji oczekuje społeczność. Bo jeśli postąpią wbrew oczekiwaniom... Rozumiecie, wielu członków pracuje w ministerstwie albo w innych placówkach, gdzie stacjonuje wielu czarodziejów. Jeśli postąpią wbrew panującym nastrojom, będą spaleni. Odrzucą ich koledzy z pracy, stracą szansę na awans. Dla rady
bardzo ważna jest powszechna opinia.
- Tylko trzeba będzie ją ukształtować, tak? - spytał Mulciber.
- W rzeczy samej - wycedził Tom. - To zadanie dla was.
Śmierciożercy znów zamruczeli i poruszyli się niespokojnie na krzesłach. Pod ścianą ciasnego pokoju stała Thelma, żona Normana, i przyglądała się im milcząco.
- Wiedzcie, że mój triumf to interes dla was - rzekł chłodno Riddle. - Nie chcielibyście zostać nauczycielami w Hogwarcie? Razem będzie łatwiej osiągnąć nam władzę - zakończył z takim sykiem, że najbliżej siedzący Avery podskoczył na krześle.
Na tę uwagę śmierciożercy zaczęli szeptać coś z podnieceniem.
- Cisza! - powtórzył Tom. - Musicie się postarać. Jak będę z was zadowolony, dobrze wam będzie przy moim boku.
Tonem, jakim to powiedział, dał jasno do zrozumienia, że źle wykonane zlecenie skończy się karą.
- Mulciber i Rosier! - zawołał. - Wy działacie w ministerstwie. Z którymi znacie się dostatecznie, z tymi wdajecie się w dyskusje na temat wyboru nowego dyrektora i przyszłości Hogwartu. Mówcie mimochodem o wadach Dumbledore'a, o zagrożeniach, jakie niesie ze sobą jego wygrana. Mnie przedstawiajcie w superlatywach. Ale z umiarem, Mulciber! Żeby nikt nie domyślił się, że robicie to na rozkaz. Szczególnie liczę na ciebie, Rosier - skinął głową do przystojnego mężczyzny w czarnym golfie. - Ostatnio awansowałeś, a to świadczy o tym, że podobnie jak ja, cenią twoją zaradność i inteligencję.
Pozostali śmierciożercy spojrzeli z zazdrością na Rosiera.
- Avery - rzekł Riddle. - Ty działasz na podobnej zasadzie w Mungu. Jasne?
- Oczywiście - wybełkotał Avery. - Wykorzystam cały swój spryt i rozum, będę dniami i nocami...
- Dość - uciął ostro Tom. - Rudolf, na ciebie bardzo liczę.
Lestrange wyprostował się na krześle, gotowy słuchać.
- Będziesz odwiedzał stare, czarodziejskie rody i przedstawiał im mój konserwatywny stosunek do rasy czarodziejskiej i do mugolaków - powiedział Riddle. - Mów, że dzieci z rodzin czystej krwi będą mogły liczyć na moje specjalne względy. Nie zapomnij tylko taktownie uprzedzić o wizycie.
- Oczywiście - mruknął Rudolf.
- Teraz Dołohow i Nott - rzekł Tom, kierując na nich swój wzrok. - Norman, zadbaj o to, żeby chociaż w pewnej części Hogsmeade popierano mnie. Omijaj dobrych znajomych Dumbledore'a, ich zdania nie zmienisz. A ty, Antoninie, odwiedzaj Dziurawy Kocioł i inne speluny. Wybadaj, czy temat wyboru dyrektora Hogwartu nie dociera tam. Gdyby pojawiały się dyskuje, uczestnicz w nich, wyraź swoje poparcie dla mnie. Ale nie wdawaj się w bójki ze śmierdzielami, którzy koczują tam we dnie i w nocy. To margines, który nie liczy się, więc nie trać na nich energii. To co, czy wszystko jest zrozumiałe?
Śmierciożercy pokiwali głowami.
- Znakomicie - wycedził Riddle. - Mam nadzieję, że nie zajdzie potrzeba, by sięgać po kroki ostateczne. Ale w razie czego, Mulciber, będę liczyć na twoje bezbłędne Imperius.
- Tak, tak - zawołał Mulciber.
- Nie oddam fotela dyrektora bez walki - oświadczył Riddle z bardzo poważną miną. - Nie pozwolę, żeby ten plugawiec Dumbledore zatriumfował nade mną. Jeśli będę widział, że wygrywa, nie cofnę się przed niczym.
Zaległa cisza. Śmierciożercy nie mieli odwagi, żeby nawet wymienić spojrzenia.
- To chyba wszystko - powiedział spokojnie Tom swoim wysokim głosem. - Ach... W każdej rozmowie nazywajcie mnie właściwie... Lord Voldemort... Tom Riddle już nie istnieje.
Wstał z krzesła.
- Wracam do szkoły - oznajmił. - A wy od razu zabierzcie się do roboty.
*
Pokonanie Dumbledore'a w wyścigu o fotel dyrektora stało się dla Toma Riddle'a prawdziwą obsesją. Najwyższe hogwarckie stanowisko kusiło, mogło stać się pasem startowym do objęcia władzy w świecie czarodziejów, ale fakt, że Tom walkę toczył właśnie z Dumbledore'em, zupełnie zmieniał jej oblicze. Cała sprawa nosiła ze sobą więcej konotacji niż konkurs czy kariera. Stawała się ona wielkim pojedynkiem między dwoma tytanami, między dwoma zwalczającymi się żywiołami - ogniem i wodą - i między dwoma przeciwstawnymi kolorami - czernią i bielą. Wiadome było, że jeden musi zatriumfować, drugi - ponieść sromotną klęskę. Żadne półśrodki nie wchodziły w grę.
Nic na razie nie wskazywało na to, by Tom mógł osiągnąć przewagę. Nie docierały do niego żadne głosy o zainteresowaniu jego kandydaturą. Wszędzie tylko Dumbledore, Dumbledore,
Dumbledore... Czuł dziwny chłód i obojętność od pozostałych nauczycieli. Zmiany ich stosunku do Riddle'a nie dało się nie zauważyć przy stole prezydialnym czy w pokoju nauczycielskim. Tom oczywiście nie przejmował się tym bardziej niż musiał, miał ważniejsze sprawy na głowie, a jednak... A jednak to ochłodzenie relacji musiało coś ze sobą nieść.
W końcu jednak spotkał go pierwszy odzew rokujący nadzieje. Po lekcji obrony przed czarną magią z trzecią klasą, do Toma podszedł Ślizgon z czupryną brązowych włosów, Jonathan Travers, a za nim, jakby w cieniu, ustawiło się trzech jego kolegów.
- Panie profesorze - zaczął Jonathan głosem nabrzmiałym wysokim poczuciem godności - chciałem powiedzieć panu, że mój ojciec jest członkiem Rady Nadzorczej i że może pan liczyć na jego pełne poparcie.
Riddle przyjrzał się uważnie Traversowi. Chłopiec miał wyniosłą minę, ale w oczach płonął respekt do nauczyciela.
- Opowiadałem rodzicom o panu, jakim pan jest dobrym nauczycielem, no i że jest pan ze Slytherinu - ciągnął. - Wilkes, Yaxley i Carrow też mówili - dodał, wskazując na kolegów czających się za nim, a oni pokiwali gorliwie głowami.
- To miłe, co mówisz, Travers, dziękuję - rzekł sucho Tom. Poczuł satysfakcję.
Travers rozpromienił się.
- W takim razie lecę wysłać ojcu list z pańskimi pozdrowieniami! - zawołał, pełen entuzjazmu. - Do widzenia, profesorze!
I wybiegł z sali, a jego trzej koledzy za nim, z kołtuńskimi uśmiechami przylepionymi do twarzy. Tom śledził ich wzrokiem, dopóki nie zniknęli mu z pola widzenia, a potem sam uśmiechnął się. A więc pierwszy członek rady jest gotów oddać swój głos na niego. Przynajmniej o tym jednym jest mu wiadomo. Czyżby teraz miała zacząć się dobra passa?
Riddle nie mylił się. Działania śmierciożerców przyniosły efekty. W "Proroku Codziennym" ukazał się kolejny artykuł o przyszłości Hogwartu i zbliżających się wyborach dyrektora szkoły. W dużej części poświęcony był tym razem Tomowi.
HOGWART POTRZEBUJE ŚWIEŻOŚCI
Dziesięć dni zostało Radzie Nadzorczej na podjęcie decyzji, kto będzie przez najbliższe lata zarządzał najlepszą w Europie magiczną uczelnią, Hogwartem. Pisaliśmy, że kandydatów na to odpowiedzialne i zaszczytne stanowisko jest dwóch. Pierwszym z nich jest Albus Dumbledore, wieloletni nauczyciel transmutacji, członek Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów, wielki człowiek znany z odkrycia dwunastu sposobów na użycie smoczej krwi oraz pokonania w spektakularnym pojedynku najgroźniejszego współczesnego czarnoksięznika, Gellerta Grindewalda. Wielu ludzi uważa, że Dumbledore to odpowiedni człowiek do kierowania tą prestiżową szkołą, doświadczony jako mag i jako pedagog. Ale czy nie zbyt konserwatywny?
W tym miejscu przeciwstawić mu można drugiego kandydata, Lorda Voldemorta, młodego i podobno równie zdolnego czarodzieja. Dowiedzieliśmy się, że to nietuzinkowa osobowość, zaletą której jest otwartość umysłu, mnogość pomysłów na ciągłe ulepszanie metod zarządzania Hogwartem i kształcenia młodych czarodziejów, oraz dynamizm - to cechy, których może brakować jemu starszemu rywalowi.
"Był bardzo obiecującym młodzieńcem", mówi pani Merrythought, emerytowana nauczycielka obrony przed czarną magią. "Zdolny, zawsze przygotowany na lekcje i uczynny, pomagał swoim mniej utalentowanym kolegom. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego następcy na nauczanie tak szlachetnego przedmiotu, jakim jest obrona przed czarną magią." To prawda, bo również uczniowie Lorda Voldemorta chwalą go sobie. "Mój syn wciąż powtarza, że profesor Voldemort to najlepszy nauczyciel", powiedział nam pan Anatol Travers, który jest członkiem Rady Nadzorczej Hogwartu. "Wierzę Jonathanowi, dlatego będę agitował za Lordem Voldemortem."
Lord Voldemort ukończył Hogwart w 1945 roku, był prefektem naczelnym, zdobył Nagrodę za Specjalne Zasługi dla Szkoły (nie udało nam się ustalić, czym profesor Voldemort w młodości zasłużył sobie na tę zacną nagrodę). Przez wiele lat podróżował po krajach Europy, by zdobywać doświadczenie w dziedzinie magii eksperymentalnej, a później powrócił do Anglii i zatrudnił się w Hogwarcie jako nauczyciel.
"Naucza raptem od ośmiu lat, wiem, że to mało w porównaniu do Dumbledore'a, ale jego młody wiek będzie wielkiem plusem dla Hogwartu", mówi jeden z ekspertów, który pragnie pozostać anonimowy. "Szkoła potrzebuje teraz świeżości, a nie nada Hogwartowi jej przedpotopowy nauczyciel, przyzwyczajony do ustalonego toku nauczania."
Jaką decyzję podejmie Rada Nadzorcza? Postawi na prestiżowe nazwisko srebrnobrodego Albusa Dumbledore'a, czy na pomysłowość i otwarcie młodego, zdolnego nauczyciela, którego wspiera większość uczniów? Na odpowiedź musimy czekać do 24 listopada.
Tom odłożył gazetę na biurko. Jak dobrze, że nie był teraz w Wielkiej Sali na śniadaniu, tylko poczekał na pocztę w swoim gabinecie. Nie był w stanie zamaskować swojego uczucia szczęścia. Tak, to właśnie było mu potrzebne! Chłopcy postarali się. "Prorok" właśnie zasugerował setkom czytelników, że Dumbledore może i będzie dobrym dyrektorem, ale nie lepszym od swojego rywala, bo starzeje się i nie jest postępowy. Już za czasów urzędowania Armanda Dippeta mówiono, że Hogwart stoi w miejscu, że Beauxbatons drepcze mu po piętach, bo tam są wcielane w życie pomysły zgodne z duchem dwudziestego wieku. Tak, to jest argument o wielkiej wartości. Niech Lord Voldemort zasiądzie w fotelu dyrektora, a Hogwart utrzyma pierwsze miejsce w zestawieniu europejskich szkół magii.
Nie wszyscy byli tak usatysfakcjonowani pojawieniem się tego artykułu, jak Tom Riddle. Nie usłyszał on żadnych rozmów na jego temat wśród nauczycieli, tak jakby ci zmówili się, by udawać, że nie było porannego "Proroka". Jeden Horacy Slughorn zachował swój zwykły, beztroski ton, gdy zwracał się do Toma, ale nie poruszył tematu prasy.
Dopiero następnego dnia, gdy inni nauczyciele prowadzili lekcje, Riddle udał się na godzinną przerwę do pokoju nauczycielskiego. Tak się złożyło, że krótko po nim przybyła tam profesor Kidney.
- Och, Tom - wysapała, gdy zobaczyła go siedzącego przy stole. - Ty też masz nie masz teraz zajęć? Dobrze... Posiedzę z tobą.
I spoczęła na krześle naprzeciw niego. Wyczarowała sobie filiżankę gorącej kawy.
- Może napijesz się ze mną, Tom? - spytała swoim cienkim głosikiem.
- Nie, dziękuję.
Profesor Kidney spojrzała na niego, ale potem szybko odwróciła wzrok w stronę okna. Wicher zawył wysokim tonem.
- I znów mamy ten zimny, niemiły listopad - powiedziała, poczym szybko podniosła filiżankę do warg. Syknęła, bo sparzyła się. Roztargniona odłożyła gorącą kawę z powrotem na stół.
- Kochany Tomie - zwróciła się nagle do niego. - Muszę z tobą o czymś pomówić.
Riddle odłożył właśnie pióro, którym sprawdzał wypracowania uczniów.
- Słucham, profesor Kidney.
Nauczycielka zaklęć przygryzła wargi. Bardzo chciała coś Tomowi powiedzieć, ale było jej trudno. Może się bała.
- Muszę przedstawić ci nasze... to znaczy, wszystkich nauczycieli Hogwartu... stanowisko w pewnej sprawie - rzekła.
Tom spojrzał na nią.
- Tak? - spytał, mając nadzieję, że może zachęci ją do wyduszenia tego, co chce mu wyznać. Wiedział, że nie będzie to dla niego nic specjalnie przyjemnego.
- Mój kochany Tomie - powtórzyła, patrząc z tą swoją troską w niezwykłą, niezdrową twarz Riddle'a, którą okalały szare, przerzedzone włosy. - Niech tylko nie będzie ci przykro, ale uważamy, że powinieneś zrezygnować ze startowania w wyborach na dyrektora szkoły.
Tom milczał. Czekał, aż profesor Kidney rozwinie to, co ma na myśli.
- Jesteś wspaniałym człowiekiem i wielkim czarodziejem, jeszcze wiele przed tobą - mówiła - ale oddaj od razu to stanowisko Dumbledore'owi. On zasłużył na to swoją wieloletnią ciężką pracą.
Riddle odczuł gniew. Miał zgodzić się na ustąpienie komuś czegoś, co mu się należy? Nigdy w życiu! A tym bardziej Dumbledore'owi!
Jakiś złowrogi cień musiał przemknąć przez jego twarz, bo profesor Kidney od razu podjęła próbę łagodzenia sytuacji.
- Nie gniewaj się, Tom, ale ty jeszcze będziesz miał tyle szans, żeby zrobić karierę! Jesteś bardzo zdolny, ale może... może spróbuj gdzie indziej? Dlaczego uparłeś się na Hogwart? Ministerstwo da ci więcej pola do działania.
Tom wziął w dłoń pióro i przysunął sobie z powrotem wypracowania.
- Dziękuję, profesor Kidney - rzekł chłodno. - Nie zrezygnuję ze swojej kandydatury. To moje ostatnie zdanie.
Profesor Kidney miała bardzo strapioną minę.
- Jesteś taki uparty, Tom... - zajęczała, ale szybko zamilkła, gdy Riddle spojrzał na nią znad wypracowań. Wykonała kilka nerwowych ruchów, opróżniła filiżankę do połowy i wyszła z pokoju mrucząc, że musi udać się do swojego gabinetu, bo czegoś zapomniała.
Tom odłożył pióro. Wstał z krzesła, odetchnął ciężko nozdrzami i wsparł dłonie na parapecie wielkiego okna, wpatrując się w błonia Hogwartu. Bez stosowania legilimencji wiedział, że jego ubieganie się o stanowisko dyrektora nie jest wśród pozostałych nauczycieli mile widziane. Dlaczego? Przecież sami nie startowali w wyborach. Byli tacy lojalni wobec Dumbledore'a? Dlaczego? Przecież chyba nie prosił ich o to, by namawiali Toma do rezygnacji. To nie byłoby w jego stylu. Dumbledore nigdy nie chadzał okrężnymi drogami.
Zresztą i tak nie pozwoliłby Tomowi na ten ruch, do którego z taką rozpaczą w oczach namawiała go profesor Kidney.
komentarze [8]poniedziałek, 28 stycznia 2008
6. TransformacjeOstrzeżenia Albusa Dumbledore'a, że w końcu uda się do dyrektora w sprawie Toma Riddle'a, nie były próżne. Niepokój Dumbledore'a wzrastał, wzrastał tak bardzo, że uznał za stosowne przestać zapobiegawczo działać w pojedynkę.
- Zawsze miałeś wobec chłopaka obiekcje - westchnął nieco zirytowany Armando Dippet, gdy Dumbledore zjawił się w okrągłym gabinecie dyrektora i podzielił się swoimi podejrzeniami.
Albus wciągnął powietrze z niecierpliwością.
- W stosunku do ciebie nie jest arogancki i nigdy taki nie był, w zasadzie nie powinienem się dziwić, że nie uznajesz moich spostrzeżeń za warte głębszej analizy - rzekł zaskakująco spokojnie.
- Ależ, Albusie! - żachnął się Dippet. - Przenigdy nie zlekceważyłbym żadnych twoich uwag. Ale...
- Ale właśnie to robisz - przerwał mu Dumbledore, uśmiechając się nieznacznie.
Dippet nie odwzajemnił uśmiechu. Poruszył się niespokojnie w krześle za biurkiem. Złapał stos papierów leżących na mosiężnym, drewnianym blacie, by zamaskować drżenie rąk.
- Chcesz powiedzieć, że Riddle zachowuje się wobec ciebie niegrzecznie - przemówił, siląc się na spokój. - I że już wcześniej, jako uczeń, wykazywał skłonności do arogancji.
- Tego drugiego nie powiedziałem, źle mnie zrozumiałeś - rzekł stanowczo Dumbledore. - Póki studiował w Hogwarcie, był niezmiennie przykładny i ułożony wobec wszystkich nauczycieli, nie wyłączając mnie. Ale nie to jest istotne, Armandzie! Usiłuję przekazać ci coś o wiele bardziej niepokojącego.
- Jeśli chcesz, abym zmusił Riddle'a do korekty jego programu nauczania... - zaczął Dippet, ale Dumbledore przerwał mu:
- Jego program nauczania?! Mamy odgórnie narzucone standardy, które musimy realizować, bo jest to sprawdzane na sumach i owutemach!
- Do grona pedagogicznego mam zaufanie, uważam, że nie muszę kontrolować waszych sposobów realizacji standardów edukacyjnych - powiedział beznamiętnie Dippet, a jego suchy głos przypominał teraz trzask gałązek pękających pod podeszwą buta. - Wystarczającym dowodem na wasze kompetencje są dla mnie bardzo dobre wyniki egzaminów. A jeśli nauczyciel jest dodatkowo tak
wydajny, to dlaczego nie może poruszać zagadnień ponadprogramowych?
- Zagadnień ponadprogramowych?! - spytał wzburzony Dumbledore, który gwałtownie przechylił się nad biurkiem w stronę dyrektora, tak że ten o mało nie spadł z fotela. - Fałszywe opowieści o liczach? Wzmaganie strachu poprzez rozprawianie o żywych trupach?
- Dumbledore, opanuj się! - Dippet podniósł głos w taki sposób, w jaki nie można by się tego spodziewać po jego wątłym ciele. - Z całym szacunkiem, ale czy to możliwe, by nauczyciel, który straszy uczniów, mógł być przez nich tak szczerze uwielbiany? Przyjęcie Riddle'a na nauczyciela było strzałem w dziesiątkę! Uczniowie chętnie uczestniczą w jego lekcjach, pilnie się uczą!
- Armandzie - rzekł Albus, tym razem o wiele ciszej i spokojniej. - Musisz zrozumieć, że Riddle jest poważnym zagrożeniem. Realizowanie programu tak, aby zdążyć snuć opowieści o najgorszych... choćby i zmyślonych... rytuałach czarnomagicznych... Zachęcanie, by brali czynny udział w lekcji, prowokowanie dyskusji...
- To akurat najlepszy sposób na zaangażowanie młodzieńców w pracę na lekcji - stwierdził chłodno Dippet, który także przestał krzyczeć.
- No właśnie! - Dumbledore aż uderzył dłonią w biurko. Kilka kartek opadło na podłogę, ale on zdawał się nie zwracać na to uwagi. - Doskonale wie, jak zająć ich tematem lekcji! Wciąga ich w swoje okropne zainteresowania!
Dippet spojrzał uważnie w oczy Albusa. Podrapał się po wątłym podbródku.
- Tom Riddle to zdolny czarodziej, żądny wiedzy o niecodziennych zjawiskach - powiedział w końcu. - Nie możemy mu mieć za złe, że pociąga go każdy aspekt magii... szczególnie tej bardzo potężnej i tajemniczej.
- Te zainteresowania obrały niezdrowy bieg - oznajmił Dumbledore, odwzajemniając badawcze spojrzenie Armanda. - Już dawno temu. Wiele słyszałem o jego
dokonaniach - to słowo wypowiedział krzywiąc się lekko - po opuszczeniu Hogwartu. To nie są niestety tylko pogłoski. I uważnie obserwowałem go, gdy jeszcze był uczniem. Budził we mnie wiele wątpliwości.
Dippet milczał. Nie patrzył już Dumbledore'owi w oczy. Skierował wzrok w mały metalowy instrument stojący na biurku, ale zapewne go nie dostrzegał. Dumbledore zdołał jednak zauważyć pewne zakłopotanie na twarzy dyrektora szkoły.
- Nie mogę zabronić mu nauczać starszych studentów tego, co uważa za słuszne - powiedział z rezygnacją Dippet. - W standardach edukacyjnych wyraźnie jest napisane, że...
- Tu chodzi o bezpieczeństwo uczniów! - wykrzyknął Dumbledore, który teraz aż podniósł się z krzesła.
- Albusie - Armando rzekł z przerażeniem. - Czy sytuacja jest aż tak poważna, żeby...?
- Jest bardzo poważna - powiedział dobitnie Dumbledore, odchodząc od biurka, za którym siedział Dippet z wyraźnym strachem wymalowanym na twarzy. - Tom Riddle nie zjawił się tu, bo poczuł powołanie do nauczania. Nigdy w życiu w to nie uwierzę.
- Więc co mu może chodzić po głowie?
Dumbledore zaczął krążyć po gabinecie.
- Sądzę, że w jakiś sposób zaspokaja tu swoje potrzeby - powiedział, myśląc intensywnie i splatając dłonie. - Zawsze był żądny władzy i dominacji nad innymi. Teraz może decydować o ich przyszłości, egzaminować, dręczyć trudnymi pracami domowymi lub karać szlabanami. Och, nie uważam, żeby był przy tym brutalny - rzekł, widząc minę Armanda. - Na razie nie może sobie na to pozwolić. Ale wiem, że szuka też przyjaciół.
Przyjaciół w nieco innym tego słowa znaczeniu. Raczej kogoś w rodzaju zwolenników. Może sług. Słyszałeś o śmierciożercach?
Dippet pokręcił głową, patrząc nieco nieprzytomnie na Albusa.
- Tak się nazywają dawni jego koledzy z Hogwartu. Ślizgoni. Dołohow, Mulciber, Lestrange, Rosier, Avery, Nott... Nott mieszka i pracuje w Hogsmeade od czasu, jak Riddle'a mianowałeś nauczycielem, zaskakujący przypadek, co? W każdym razie ta nazwa -
śmierciożercy - nie kojarzy mi się z kwiatami ani ze słońcem. Kojarzy mi się z czymś zgoła przeciwnym.
Dippet słuchał Dumbledore'a w milczeniu.
- Oni byli tu, w Świńskim Łbie, gdy Riddle przybył do Hogwartu prosić cię o posadę - ciągnął Albus. - Jestem przekonany, że to było działanie z jego rozkazów. I jeszcze to, jak go nazywają...
Lord Voldemort... Wspaniały przydomek, wspaniały tytuł, godny szacunku... i trwogi. Ale pewnie słyszałeś, że tak mówią do niego również uczniowie?
Armando pokiwał głową. Dumbledore powrócił na swoje krzesło naprzeciw niego. Przez chwilę obaj milczeli. Aż niespodziewanie Dippet odezwał się ochrypłym głosem:
- Ale nie myślisz chyba, że to gadanie o nieśmiertelności... Że to tylko tak... Że te horkruksy...
- Nie, w to, że Tom byłby w stanie albo że planuje stworzenie sobie horkruksa, nie wierzę - oświadczył Dumbledore. - Niewielu czarnoksiężników w dziejach świata zdecydowało się na ten godzien najwyższego potępienia krok. Jestem powien, że Toma interesuje to zagadnienie w czysto teoretycznym aspekcie.
Dippet odetchnął z wyraźną ulgą.
- Ale to nie znaczy, że nie ma potrzeby mieć się na baczności - rzekł Albus. - Riddle najwyraźniej dąży do pewnej władzy, a na to nie można mu pozwolić. Po drodze może zniszczyć wielu ludzi. I samego siebie. Choć, obawiam się, że w pewnym stopniu Tom uległ już uszkodzeniu. Wciąż nie wiem, jak to się stało, ale on zagubił... albo nigdy nie nabył pewnych znamiennych dla ludzi cech. Dlatego trzeba go odsunąć od młodych, niewinnych i podatnych na manipulację uczniów Hogwartu.
- Mam go wyrzucić?! - spytał Dippet, patrząc na Dumbledore'a tak, jakby zaproponował osolenie kawy. - Nie zrobię tego.
- Ja bym tak zrobił - powiedział spokojnie Dumbledore.
- Nie wątpię - wymamrotał Armando. - Ale on tego nie zniesie.
- Widzę, że zrozumiałeś, jak ważna jest dla niego ta posada w drodze do jakiegoś niejasnego celu - stwierdził Albus.
- Nie zrobię tego - powtórzył Dippet stanowczym tonem. - Nie będę przecież wiecznie siedział za tym biurkiem. Niedługo ktoś mnie zastąpi. Zapewne ty. I zrobisz, co uważasz za słuszne. A mnie nie będzie to wiele interesować, bo będę spoczywał daleko od tego miejsca.
- Będzie tu twój portret - oświadczył Dumbledore. - A twoim obowiązkiem będzie wspierać następcę.
Dippet zawstydził się.
- Nie miałem na myśli tego, że... Nie chciałem...
- Nie obraź się, Armandzie, ale chyba im szybciej ustąpisz miejsca komuś rzeczowemu, tym lepiej dla tego zamku - powiedział Dumbledore ze skąpym uśmiechem. - Gdzieś podziała się twoja ikra i zdolność do podejmowania konkretnych decyzji.
Armando posmutniał. Wbił wzrok w biurko.
- Boję się ryzyka - szepnął. - Jestem stary... Jak sprostam nieoczekiwanym trudnościom?
- Dlatego cię uprzedziłem, Armandzie - powiedział Albus, przyglądając się Dippetowi uważnie. - Bądź czujny. Nie daj się zwieść.
*
Dumbledore był wyjątkowo bystry i udało mu się mniej więcej określić dążenia Toma Riddle'a. Pomylił się w jednej rzeczy. Zwiodła go jego wiara w to, że dla wszystkich ludzi istnieją granice nie do przekroczenia. Nie poznał się dobrze na Riddle'u, chłopcu z mugolskiego sierocińca.
Miał rację, że Tom nie posiadał pewnych cech tak charakterystycznych dla każdego człowieka, nieważne, czy czarodzieja, czy mugola. Nigdy nikogo nie pokochał, bo jego nie kochano. Nigdy nie nauczył się układać typowych relacji z ludźmi, bo nie poświęcano mu uwagi i ciepła, jakie należą się każdemu dziecku, bez względu na to, czy stanie się czymś podobnym do Lorda Voldemorta, czy nie. Nigdy nie nauczył się żyć we wspólnocie, bo w porę nie zauważył, jak wiele łączy go z innymi ludźmi.
Jego świat odczuwania różnił się od tego, którym władali inni ludzie. A zniekształcił się jeszcze bardziej po stworzeniu pięciu horkruksów. Dusza okaleczona przez najwyższy akt zła, i to powtórzony czterokrotnie, sprawiła, że uczucia, jakich mógł doświadczać Riddle, były jeszcze mniej złożone, oddalały się od tego, co był w stanie odczuwać człowiek z nienaruszoną duszą. Zmieniał się też jego wygląd. Choć mijały lata od utworzenia horkruksów, trwał proces powolnej deformacji ciała. Tom był wysoki, ale chudł, więc optycznie jego sylwetka wydłużała się. Długie palce jeszcze bardziej zeszczuplały, każdy węzeł odznaczał się wyraźnie. Twarz bladła, przez pewien czas była szara jak stal, a teraz bielała, pozostawiając tylko sine obwódki wokół oczu, z których coraz częściej przebijał się czerwony blask. Zapadnięte policzki zaczęły się wypełniać, a raczej rozciągać. Niegdyś wyrazista i przystojna twarz, teraz traciła zarys, rozmazywała się, jakby oglądano kontury przez lekką mgiełkę. Czarne włosy umierały, zmieniały się w martwe, siwe pasma opadające nadal z wdziękiem na ramiona.
Tom czuł się silny, wciąż rozrastała się jego wiedza magiczna. Świadomość zabezpieczenia przed beznadziejną śmiercią pięcioma horkruksami dodawała pewności. Pierścień Marvola spoczywał w ruinach domku nieopodal Little Hangleton. Nikt nie wiedział o jego spokrewieniu z Gauntami, Riddle nikomu o tym nie mówił, nikt więc nie połączy tego miejsca z nim. Puchar Helgi Hufflepuff spoczywał zabezpieczony w podziemiach Banku Gringotta, w skrytce rodziny Rudolfa Lestrange'a. Tom oczywiście nie wyjaśnił Rudolfowi, czym stał się puchar, ale dał do zrozumienia, że ten przedmiot nie może zginąć. Diadem Roweny Ravenclaw był ukryty w jednym z tajnych pomieszczeń Hogwartu, w pokoju, o którego istnieniu nikt z pewnością nie ma pojęcia, bo - jak sądził Riddle - żaden z uczniów czy nawet nauczycieli nie wykazał się takim sprytem i inteligencją, by odkryć tyle tajemnic zamku, co on, Lord Voldemort. Czarny dziennik i medalion Slyherina miał wciąż przy sobie, zastanawiając się, gdzie je można ukryć. W jakimś ważnym miejscu. Gmach Ministerstwa Magii? Nie, to zbyt niebezpieczne, istnieje prawdopodobieństwo, że ktoś może przeszukiwać budynek, tylu tam czarodziejów i ekspertów się kręci... Trzeba znaleźć inne miejsce, równie ważne, ale bardziej niepozorne... Medalion poczeka... Dziennik też, zresztą będzie go można użyć we właściwym momencie... Ale potrzebny jest jeszcze jeden przedmiot, dla szóstego horkruksa. Miecz Gryffindora! To powinno być to. Ostatnia potężna rzecz, spadek po ostatnim z Wielkiej Czwórki. Podobno znajduje się wciąż w murach Hogwartu. Ale gdzie go szukać?
Jak?
I czy na pewno nikt nie wie o horkruksach?
Tom wspomniał ostrą wymianę zdań między nim a Dumbledore'em. Och, po co wówczas padło to słowo? Albus jest słaby, jest miernotą, ale nie jest głupi i z pewnością domyślił się, że poruszenie na lekcji tematu nieśmiertelności nie było bezcelowe...
Ale Tom tak bardzo chciał pokazać tym młodziakom wielką wagę tego procederu, choćby i okrężną drogą - opowiadając o liczach, które naprawdę nie istnieją. Tak chciał, by ktoś usłyszał, zapamiętał i w bliżej nieokreślonej przyszłości poczuł trwogę, gdy już świat dowie się, jakie plony doskonałości zebrał Lord Voldemort. Lecz czy nie zniszczył wszystkiego wtedy, w gabinecie Dumbledore'a? Czyżby inteligentnemu, krzywonosemu czarodziejowi wzmianka o horkruksach nie uszła w niepamięć?
To, czego Riddle pragnął teraz najbardziej, to odebranie życia Dumbledore'owi. Cóż gorszego może spotkać Albusa? Ani nic przed śmiercią, ani nic po niej. Największą klęską człowieka jest to, że nie może zapobiec śmierci - swojemu żałosnemu kresowi, po którym nic nie jest w stanie zrobić, nie może się wzmacniać, rosnąć w potęgę, władać innymi - jest tylko pustka.
Jednakże śmierć jest domeną zwykłych, słabych śmiertelników, nie takich tytanów, największych czarodziejów w dziejach świata, jak Lord Voldemort, gotowych podjąć ryzyko, byle tylko wciąż przekraczać granice. Czyż nie do tego został stworzony? By przełamać śmierć, przewodzić słabszym, gardzić przegranymi i reformować świat? Już czas, by zacna rasa czarodziejska wyszła z ukrycia, zapanowała nad tymi godnymi politowania mugolami i przestała ustawicznie osłabiać się poprzez brudzenie krwi, zadając się z nimi.
Nie da rady, prędzej czy później Lord Voldemort nadejdzie, szepnął do siebie Tom Riddle i zatrząsł się od piskliwego, zimnego śmiechu.
komentarze [13]sobota, 5 stycznia 2008
5. UdrękiW sobotni poranek Tom obudził się z niejasnym uczuciem błogości, choć w gardle go piekło.
I po cóż dałem sobie wcisnąć tyle kufli miodu?, spytał się w duchu. Pomyślał zaraz o Slughornie. Uśmiechnął się pod nosem, gdy wyobraził sobie poranne męki Horacego, który wcale nie dozował sobie mocnych napojów.
Do uszu Toma dobiegła delikatna, przyjemna muzyka. Wyglądało na to, że zapomniał wyłączyć adapter, po tym jak nastawił go sobie, gdy wrócił do swojego gabinetu.
Przed jego oczyma przesuwały się oderwane od siebie sceny z wczorajszego wieczoru. Orzeszki na stole uginającym się pod ciężarem łakoci, mnóstwo pustych butelek po piwie kremowym, rozanielony Slughorn patrzący na Toma, i w końcu Rosetta, ładna dziewczyna z burzą ciemnych loków. Riddle przestał się uśmiechać. Mimo uspokajających dźwięków dobiegających do jego sypialni, poczuł w sobie coś wyraźnie ciążącego.
- Ach, tak - zamruczał. - Ach, tak...
Przetarł oczy i wstał z łóżka. Pomachał dłonią przed nosem, jakby chciał odgonić od siebie uporczywą myśl jak muchę. Ubrał się, wyłączył adapter i zszedł na dół, na śniadanie.
W Wielkiej Sali było mniej tłoczno niż zwykle. Wielu uczniów i nauczycieli odsypiało tydzień wytężonej pracy i udawało się na śniadanie o późniejszej porze. Tom podszedł do stołu prezydialnego i usiadł na swoje miejsce obok profesora Kettleburna.
- Dzień dobry, Tom - rzekł pogodnie Kettleburn.
- Witam - odburknął nadal zaspany Tom, nalewając do swojej szklanki soku dyniowego. Kettleburn właśnie otrzymał "Proroka Codziennego", a jego małe oczy śmigały za okularami, śledząc tekst.
- Piszą coś ciekawego? - spytał Riddle, biorąc w dłoń kilka tostów.
Kettleburn oderwał wzrok od gazety i spojrzał na niego leniwie.
- Temat dnia - wychrypiał - Wczoraj odbyła się konferencja między ministrami Wielkiej Brytanii, Algierii i Turcji. Nasz minister Pawnrider określił ją jako "bezowocną". - Kettleburn zrobił zirytowaną minę.
Tom wzruszył ramionami i już miał zamiar ugryźć swojego tosta, którego posmarował dżemem śliwkowym, gdy nad jego uchem rozległ się tubalny głos Slughorna, bardziej zachrypnięty, niż zwykle.
- Jak się masz, Tom?
- W porządku, profesorze - odpowiedział Riddle, a widząc groźne spojrzenie Slughorna, dodał: - Horacy.
Slugorn uśmiechnął się i usiadł ciężko na pustym krześle obok Toma, odsuwając je od stołu tak, by zmieścić swój wielki brzuch.
- Tak sobie pomyślałem - zamruczał pod wąsami - że skoro wybierasz się zaraz do Hogsmeade, to pójdę z tobą, bo też mam tam coś do załatwienia.
Żuchwa Toma, która właśnie poruszała się szybko żując kęs tosta, zastygła w bezruchu. Zupełnie zapomniał o tym, że skłamał Horacemu o porannym wypadzie do Hogsmeade. Riddle wziął łyk soku dyniowego i przełknął kawałek chleba.
- To co, mam czekać na ciebie za dziesięć minut w sali wejściowej? - spytał Horacy, puszczając przy okazji do niego oko.
- Nie wziąłem płaszcza - powiedział Tom z kamienną twarzą.
- Och! - Slughorn machnął ręką beztrosko. - Nie szkodzi. Poczekam cały kwadrans.
I znów uśmiechnął się porozumiewawczo do Riddle'a po czym nie bez trudności wstał od stołu prezydialnego i przeszedł przez całą długość Wielkiej Sali, zwracając na siebie swoją posturą powszechną uwagę.
Tom nie miał wyboru. Dokończył jedzenie śniadania, zostawił przy stole Kettleburna zaczytanego w lekturze "Proroka" i udał się na górę, po pelerynę. Potem zszedł na dół i razem ze Slughornem ruszył przez błonia Hogwartu do Hogsmeade. Przy głownej ulicy roztsał się z Horacym.
Jeszcze przy stole prezydialnym postanowił, że uda się do sklepu, w którym pracuje Norman Nott. Tam go jednak nie zastał. Powiedziano mu, że w sobotę Nott ma wolne i zapewne jest w swoim mieszkaniu. Tom poszedł więc do domu, w którym sam załatwił Normanowi i jego żonie kąt do zatrzymania się.
- Cieszę się, że cię widzę - powiedział Nott, gdy usadowił Toma na twardym, niewygodnym krześle przy małym stoliku. Jego żona, Thelma, zajęła się przygotowywaniem herbaty.
- Musiałem dziś iść do Hogsmeade, bo nieopatrznie powiedziałem wczoraj Slughornowi, że dziś tu będę - rzekł niezadowolony Riddle, podczas gdy Thelma wylewitowała w jego stronę filiżankę z gorącą herbatą. - Dzięki, Thelmo - rzucił niedbale, nie odwracając się do niej.
Mieszkanie Nottów było ciasne, ciemne i dość przytłaczające. Tom zdawał się nie zwracać na to uwagi.
- I co? Przyszedłeś tu ze Ślimakiem? - spytał Nott. - Trzeba było go przyprowadzić.
- Nie bądź głupi, za tobą nie przepadał - stwierdził chłodno Tom. - Nie pokazałeś mu się od zbyt błyskotliwej strony. A miałeś na to aż siedem lat.
Chwycił filiżankę i wysiorbał z niej łyk. Norman przemilczał tę uwagę.
- Jak tam sprawy ze starym Dumble'em? - spytał Toma.
- Nijak - mruknął Riddle. - Cały czas siedzi w Hogwarcie i węszy za mną. Czuję na karku ten jego długi nochal.
- Mówiłeś, że będziesz chciał się go pozbyć.
- Wiem, Nott - warknął Tom, rozdrażniony. - A może sam tego dokonasz, nie zwracając na siebie uwagi?
Norman milczał. Tom wziął kolejny łyk herbaty, ale szybko odłożył filiżankę, bo myśl, jaka go przeszyła, mogła spowodować, że jeszcze by się udławił.
Dumbledore stale go obserwował. Co, jeśli dowie się, jak mocno wczoraj Tom zacieśnił kontakty z Rosettą Bowles?
Riddle wpatrzył się w okno. Listopadowe Hogsmeade zapadało się w senną szarość, brązowe liście fruwały jak oszalałe, poddane podmuchom wiatru. Tom śledził wzorkiem te liście, ale widział przed sobą srogą twarz Dumbledore'a. Stary Dumble był inteligentny i spostrzegawczy, a źródeł informacji miał wiele. Jeśli w jakiś sposób wykryje, jak wczoraj Tom potraktował tę młodą dziewczynę, wykorzysta to przeciwko niemu. Czy uda się z tym do Dippeta? Dyrektor miał do Toma zaufanie, ale przecież nie uzna Dumbledore'a za pomylonego.
Nie słuchał, co Norman do niego mówi.
- ...ale Rosier twierdzi, że tamte miotły nie mogły być zaczarowane, tylko uległy jakiemuś błędowi produkcyjnemu, wiesz, on się teraz zna na tych środkach transportu magicznego... Już idziesz?
Tom faktycznie zerwał się z miejsca. Herbatę zostawił niedopitą.
- Muszę wrócić do Hogwartu - powiedział, jakby nieobecny, utkwiwszy wzrok w jakimś punkcie za oknem. - Dzięki za gościnę.
Po czym narzucił na siebie pelerynę i odszedł, a stare, drewniane drzwi zakołysały się, jęcząc złowróżbnie.
*
Do końca weekendu Tom prawie nie opuszczał swojego gabinetu. Siedział w nim zamknięty i niedostępny dla nikogo. Niepokój zżerał go, a wizja triumfu na twarzy Dumbledore'a, relacjonującego Dippetowi o nagłej zażyłości Riddle'a i jednej z jego uczennic oraz wyrażającego swą opinię o wielkiej niestosowności i szkodliwości tego, sprawiała, że włos jeżył mu się na głowie, a po karku przebiegał lodowaty dreszcz.
Bezradny i zły, siadał na krześle przy swoim biurku. Odrzucał na bok jakieś papiery i kładł głowę na chłodny blat, a potem podnosił się, krył twarz w dłoniach i przeczesywał swymi długimi palcami splątane, czarne włosy. Widział swoje odbicie w lustrze, a wyglądał przerażająco i z pewnością nie mógł w takim stanie pokazać się ani uczniom, ani innym nauczycielom. Tom zdawał się blednąć z każdym dniem. Oczy miał silnie przekrwione, czaił się w nich jakiś płochy, czerwony blask. Wokół powiek zagościły sine plamy, a chude, zapadnięte policzki zakrywał cień.
W ciągu długich godzin, podczas których Riddle siedział w swym gabinecie i zadręczał się różnymi ponurymi myślami, wiele twarzy przewijało się w jego wyobraźni. Mogło się wydawać, że w jego głowie odbywa się pokaz slajdów, a on sam jest cynicznym komentatorem.
Któregoś razu, gdy myśli błądziły swobodnie, ujrzał bladą i wyniosłą twarz Toma Riddle'a, swojego mugolskiego ojca, fizycznie tak podobnego do niego samego.
Tatusiu, tatusiu, mówił cicho Tom, a jad słów wypowiadanych w głowie przez niego uwalniał te silne emocje, których w życiu nie chciałby przy nikim okazać.
Ty głupcze, czy choć przez jedną chwilę w swym żałosnym żywocie pomyślałeś, kim będzie twój syn? Kim stanę się ja, dziecko, którym pogardziłeś? Które w twoim mniemaniu nie było godne, byś dzielił się z nim swoim pustym, nadętym życiem?
Lord Voldemort nie zapomina błędów i nie przebacza, ty pierwszy się o tym przekonałeś...
Tom rozkoszował się wspomnieniem, w którym wśliznął się do bogatego domu w Little Hangleton i zabił zaklęciem Avada Kedavra swojego ojca i jego rodziców. Przypomniał sobie twarz Tom Riddle'a, zastygłą w przerażeniu i zdezorientowaniu.
Na pewno nie przyszło ci do głowy, że to mogłem być ja. Gotowy byłeś pomyśleć, że to sama śmierć się po ciebie stawia i przybiera postać twojej młodzieńczej podobizny.
Riddle przełknął ślinę. Upokorzenie ze strony tego podłego mugola miało taki gorzki smak...
Tak, tak, rozrachunki to pierwsze sprawy, jakie załatwiam, pomyślał Tom. Oczyma wyobraźni ujrzał znów twarz Dumbledore'a. Uśmiechnął się mściwie.
*
Nadszedł poniedziałek, a Riddle musiał opuścić swój gabinet, by prowadzić lekcje. Gdy spotykał Dumbledore'a w Wielkiej Sali, na korytarzu lub w pokoju nauczycielskim, przyglądał mu się uważnie, zerkał na niego częściej, niż by to było naturalne. Ale profesor transmutacji zdawał się o niczym nie wiedzieć, bo zachowywał się tak jak zawsze, a Toma traktował jak powietrze, zamieniając z nim kilka niewiele znaczących słów tylko wówczas, gdy było to konieczne.
Tom uspokoił się nieco, ale w środę, gdy akurat przechodził obok gabinetu Dumbledore'a na czwartym piętrze, ten akurat wyszedł z niego, a zauważywszy Riddle'a, zwrócił się do niego:
- Och, Tom... Dobrze, że cię widzę. Zechcesz wejść do mnie na chwilę?
- Pan wybaczy, Dumbledore, spieszę się na zajęcia - odparł chłodno Riddle.
- Chciałbym zamienić z tobą słowo - oświadczył niespeszony Dumbledore. - Nie zajmie nam to dużo czasu. Zapraszam. - I odchylił drzwi do swojego gabinetu tak, aby wpuścić Toma. Riddle zawahał się, ale wszedł, a Dumbledore za nim.
Usiedli naprzeciw siebie, przy biurku. Dumbledore spojrzał na Toma srogo. Riddle zaniepokoił się. Czyżby Dumbledore już wiedział o nim i o Rosetcie? Czy powie mu, że zamierza na niego donieść do dyrektora?
- Dowiedziałem się, o czym tydzień temu opowiadałeś uczniom z siódmej klasy na swoich lekcjach - rzekł poważnie Dumbledore.
Tom nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Odczuł wielką ulgę. Dumbledore nie wiedział o
tym! Tom oczywiście nie mógł mieć pewności. Nie ośmieliłby się stosować na Dumbledorze legilimencji. Sam na wszelki wypadek zawsze zamykał swój umysł w jego obecności.
- Obaj dobrze wiemy, że licze nie istnieją - powiedział Dumbledore, nachylając się znad biurka w stronę Toma. - Dlaczego robisz farsę z obrony przed czarną magią?
Tom spojrzał gniewnie na Dumbledore'a.
- Rzeczywiście, liczy nie ma - odparł. - Ale uważam, że uczniowie z ostatniej klasy powinni wiedzieć, że uzyskanie nieśmiertelności w świecie czarodziejskim jest możliwe.
- Tom! - zagrzmiał Dumbledore. - Taka wiedza jest zbyteczna na poziomie owutemów.
- Nie moim zdaniem - powiedział Tom w taki sposób, jakby jego opinia znacznie przewyższała stanowiska innych ludzi. - Ale nie złamałem żadnego przepisu, prawda? Nie mówiłem o horkruksach. Mówiłem o czymś... podobnym.
Dumbledore odchylił się w tył, wzburzony.
- Powtarzam, takie wgłębianie się w czarną magię w Hogwarcie jest zupełnie niepotrzebne - rzekł stanowczo. - Dippet przedstawił ci zakres nauczania. Nie powinieneś wciągać uczniów w swoje... wybacz, że tak je określę... niezdrowe zainteresowania.
Riddle przechylił głowę. Wpatrywał się intensywnie w Dumbledore'a, a na jego twarzy malował się nieprzyjemny wyraz. Rysy mu zgrubiały, a oczy zalśniły czerwienią.
- Minął już czas, kiedy był pan moim nauczycielem i miał nade mną jakąś władzę - syknął i uśmiechnął się triumfalnie. Dumbledore przeciwnie, wyraźnie posmutniał.
- Wciąż przekonuję się o tym, że nie mam na ciebie najmniejszego wpływu i nie jestem w stanie nic wskórać - powiedział cicho.
- Może poskarży się pan dyrektorowi - zakpił Riddle.
Dumbledore otworzył usta, jakby chciał mu się godnie odciąć, zmazać ten okrutny uśmiech z jego twarzy, ale milczał. Po chwili rzekł spokojnie:
- Pójdę do dyrektora w twojej sprawie, jeśli uznam to za stosowne.
Tom przestał się uśmiechać. Wstał, odsunął brutalnie krzesło i bez słowa wymaszerował z gabinetu Dumbledore'a, z hukiem zamykając drzwi. Rozdrażniony, szedł szybko korytarzem w kierunku klasy obrony przed czarną magią.
- A idź, idź - mruczał ze złością. - Idź do Dippeta, to
bardzo stosowne... Przecież wciąż daję ci ku temu powody.
Wszedł do swojej klasy, trzaskając drzwiami. Uczniowie poruszyli się niespokojnie na krzesłach.
- Wasze wypracowania na temat czarnomagicznych obiektów niestałych - powiedział ostro, stając na katedrze. - Kto nie zrobił, ma u mnie tygodniowy szlaban!
Accio wypracowania!
Zwinięte rulony pergaminu ze świstem poleciały wzdłuż klasy w jego stronę. Tom usiadł ciężko na krześle za biurkiem. Wpatrzył się w okno, a wypracowania ułożyły się w równy stos przy nim. Dlaczego dał się ponieść emocjom? Dlaczego tak się zezłościł?
Dlaczego?
*
Ogłoszono, że w ostatnią sobotę listopada organizowane jest wyjście uczniów do Hogsmeade. Ta wiadomość spotkała się z ogólnym entuzjazmem i podnieceniem, bo z powodu dotkliwego zimna i silnego wiatru odwoływano większość zajęć na wolnym powietrzu. A teraz pojawiła się okazja, by na kilka godzin wyrwać się z zamku.
Tom nie zamierzał iść do Hogsmeade razem z uczniami. Dopiero gdy zaczęli się zbierać do wyjścia, Riddle opuścił swój gabinet, by zejść na śniadanie. W połowie drogi do Wielkiej Sali na swoje nieszczęście natknął się na Rosettę Bowles i jej koleżanki.
- Panie profesorze! - zawołała wesoło Rosetta. - Idzie pan do Hogsmeade?
- Nie... - odrzekł Tom, nie patrząc na nią.
Reszta Krukonek zbliżyła się do niego.
- Och, niech pan idzie z nami do Trzech Mioteł! - powiedziała któraś z nich. - Posiedzimy... Może będzie też profesor Slughorn...
- Właśnie idzie tu! - zapiszczała inna.
Rzeczywiście, ku nim szedł Horacy, a guziki kamizelki na jego obfitym brzuchu trzęsły się i błyszczały.
- Oho! - zawołał. - Widzę, że już utworzyła się doborowa grupa. - I uśmiechnął się pod wąsami. - Tom, chodź na jednego do Trzech Mioteł!
- Dziś nie, Horacy - odparł twardo Riddle.
- Och... skoro tak... - zamruczał Slughorn, robiąc zawiedzioną minę. - Trudno. Chodźcie dziewczynki, chciałem was zapytać o jedną rzecz. Jak wam idzie sporządzanie listy składników do antidotów? Nie za trudne wam dałem zadanie?
Krukonki ruszyły za ulubionym profesorem i nawet nie zauważyły, jak Rosetta zatrzymała się i wróciła nieśmiało do miejsca, gdzie wciąż stał Riddle.
- Profesorze... - powiedziała cicho. - Szkoda, że nie idzie pan z nami. Pomyślałam, że byłoby miło.
Choć Slughorn i jej koleżanki byli już kondygnację niżej, wciąż słychać było ich podniecone głosy.
- Nie mogę, Rosetto - rzekł Tom. Rozejrzał się. Na korytarzu z pewnością nie było nikogo. - Chodź tam. - Wskazał najbliższą pustą klasę.
Gdy weszli do niej, Tom zamknął cicho drzwi. Wskazał Rosetcie krzesło. Usiadł przy niej.
- Nikt nie może się dowiedzieć, że zbyt mocno spoufalam się z uczniami - powiedział sucho.
Rosetta spojrzała na niego z żałością. Riddle'a to nie wzruszyło. W gruncie rzeczy była mu tak obojętna. Ale musiał wybrnąć z tej niebezpiecznej sytuacji.
- Są ludzie, którzy chcieliby mi zaszkodzić - oznajmił.
Rosetta zakryła dłonią usta. Nie do końca rozumiała, o co Tomowi chodzi, ale przeczuwała, że ma na myśli coś złego.
- Ale... kto?... jak?...
Riddle rozejrzał się czujnie po klasie, jakby spodziewał ujrzeć się kogoś, kto podsłuchuje.
- Mogę ci wyjaśnić, ale obiecaj, że nikomu nie powiesz.
- Obiecuję!
Tom spojrzał w jej duże oczy. Nie miał powodu, by jej nie uwierzyć. Naprawdę była gotowa na wiele. Widział to w jej głowie.
- Chodzi o Dumbledore'a - wyznał bezceremonialnie.
- Dumbledore? - powtórzyła zdumiona Rosetta. - Dumbledore chce panu zaszkodzić? Nie mogę w to uwierzyć!
Tom przytknął palec do ust.
- Musisz być ciszej.
- Przepraszam - wymamrotała Rosetta. - Ale Dumbledore... nie wygląda na kogoś, kto czychałby na cudze niepowodzenie.
Riddle uśmiechnął się kpiąco. Nagle zrobiło mu się całkiem przyjemnie, mając Rosettę obok. Czuł ekscytujący zapach goździków.
- On dba o pozory - rzekł.
To było wspaniałe uczucie, gdy tak opowiadał o starym Dumble'u. Brał odwet za tę jego ustawiczną czujność wobec niego, za to, że nigdy nie dał się zwieść, tak jak ci wszyscy ludzie oczarowani Tomem, że nie okazał nigdy słabości, ale tak głupio wierzył w tę całą potęgę miłości, że był taki ślepy, że widział tylko dobro i zło, a nie dostrzegał stron dominacji i ujarzmienia.
Za to, że naprawdę mógł Tomowi zaszkodzić w osiągnięciu celu.
- Dumbledore to zły i krnąbrny człowiek - ciągnął Riddle. - Nie cofnie się przed niczym, by skompromitować mnie na oczach dyrektora. Pragnie się mnie pozbyć.
- Ale... dlaczego?
- Nienawidzi mnie od dawna. Jest sfrustrowany niepowodzeniami, jakie go dotykają. Nie udało mu się zrobić kariery w Ministerstwie, chce ją robić w szkole. Chce zostać dyrektorem Hogwartu, a ja jestem dla niego realnym zagrożeniem. Moja praca daje zadowalające rezultaty i dlatego moje noty idą w górę.
Rosetta wpatrywała się zszokowana w jakiś punkt na ścianie.
- Nigdy bym się nie spodziewała... - wyszeptała.
- Och, tak - powiedział chłodno Tom. - Dumbledore dba o swoją reputację i nie da się łatwo przyłapać na tym, co knuje.
Rosetta westchnęła. Tom nagle zapragnął być sam.
- Teraz rozumiesz już, dlaczego nie mogę się narażać na żadne podejrzenia? - spytał Riddle.
Rosetta pokiwała ze smutkiem głową.
- Idź do Hogsmeade - rzekł Tom. - Nie mów nikomu, że rozmawiałaś ze mną.
Wstała z krzesła i odeszła wolno w stronę drzwi, przygnębiona.
- A na spotkanie Klubu Ślimaka nie będzie pan już przychodził, profesorze Voldemorcie?
- Nie... chociaż bardzo cenię sobie profesora Slughorna.
Rosetta pociągnęła głośno nosem.
- Zajmij się przygotowywaniem do owutemów - powiedział Tom, patrząc obojętnie w okno.
Rozległo się trzaśnięcie drzwiami i wreszcie został sam.
Ostatni rok w Hogwarcie był dla Rosetty Bowles przykry, ale egzaminy zdała pomyślnie. Znalazła sobie pracę w Ministerstwie. Pod koniec lat sześćdziesiątych wyszła za mąż i wyemigrowała zagranicę. Ani ją, ani jej rodzinę nie dotknęła krzywda ze strony Lorda Voldemorta.
Trudno było jej uwierzyć w wydarzenia, które za sprawą jej kochanego nauczyciela i jego bandy zawładnęły Wielką Brytanią i całym światem czarodziejów.
Lorda Voldemorta nigdy już nie połączyły podobne relacje z żadną kobietą.
komentarze [20]środa, 26 grudnia 2007
4. Rosetta BowlesMiecz Godryka Gryffndora wciąż spoczywał w gabinecie Dippeta, ukryty w czeluściach Tiary Przydziału, bezpieczny i nie narażony na wykradnięcie. Riddle nie miał pojęcia o jego lokalizacji, zresztą teraz i tak nie miał zamiaru podbierać go pod samym nosem dyrektora. Musiałby znów uciec, a bardzo nie chciał opuszczać Hogwartu.
Było mu tu dobrze. Nie tyle chodziło o zwyczajną wygodę, jakiej dostarczał pewny wikt, opierunek i regularna pensja. Zamek był kopalnią wiedzy, a Tom, teraz jako nauczyciel, miał nieograniczony dostęp do biblioteki (razem z działem Ksiąg Zakazanych) i przeróżnych rejestrów, ewidencji i statystyk, które, wbrew pozorom, mogły być bardzo użyteczne.
W grę wchodzili jeszcze uczniowie, którzy zapałali najszczerszą sympatią do profesora Voldemorta. Tom nieoczekiwanie odnalazł kolejny korzystny dla niego aspekt dłuższego pobytu w szkole: mógł szerzyć swoją popularność dzięki uczniom, którzy w geście uwielbienia będą snuć opowiadania o swoim nauczycielu w domu, przy rodzinie. A dalej, dzięki takiemu poparciu i entuzjazmowi, Tom przeprowadzi rekrutację do grona swoich zwolenników, a później do tej najbardziej oddanej i elitarnej grupy - śmierciożerców.
Riddle był świadom tego, że nawet gdyby teraz odszedł, wielu z uczniów poszłoby za nim. Na razie jednak tego nie planował. Chciał ugruntować swoją pozycję i tylko tym najbardziej godnym zaufania (czyli zwykle Ślizgonom) opowiadać o swoich ideach, które chciałby zrealizować. Nie chodziło, rzecz jasna, tylko o pokonanie śmierci.
Tom wiedział, że nie może teraz otworzyć Komnaty Tajemnic. Nastąpiłoby zamieszanie (a tylko w atmosferze spokoju i zaufania mógł starać się o pozyskanie serc i umysłów uczniów), a Dumbledore teraz z pewnością sprawdziłby, kto nasyła potwora na dzieci mugoli. Być może podzieliłby się swoimi podejrzeniami z resztą ciała pedagogicznego, a wtedy Tom znalazłby się pod ostrzałem - i tak musiałby opuścić Hogwart. Może z mieczem, którego zdołałby odnaleźć, a może bez.
*
Trzy lata po objęciu posady nauczyciela, Tom budził pełne zaufanie u Dippeta i reszty profesorów (z wyjątkiem Dumbledore'a). Zdobył już pierwsze pochwały i odznaczenia od dyrektora. Jego kariera nauczycielka miała więc znakomity początek. I tak nowy cel zawładnął sercem Riddle'a: objęcie stanowiska dyrektora Hogwartu. Och, wtedy miałby pole do działania. Ta myśl wypełniała całego Toma, od czubka głowy, po same pięty. Dodawała siły duchowi i witalności ciału.
Najwyższe hogwarckie stanowisko dawałoby wolną rękę do decydowania o wizerunku szkoły i sposobie jej funkcjonowania. O wyborze dyrektora i jego powołaniu decydowała Rada Nadzorcza Hogwartu. Dzięki Mulciberowi i Rosierowi, którzy zdążyli zaznajomić się w Ministerstwie z osobami, które były prawdziwymi kopalniami cennych informacji, Tom wiedział, że najlepsze noty ma Albus Dumbledore. Zrozumiał, że póki on jest w szkole, nie ma szans na pozytywne roztrzygnięcie sprawy dla niego. A gdy Dumbledore obejmie stanowisko dyrektora, zwolni Toma z posady nauczyciela - czy nie to dał mu do zrozumienia w rozmowie na samym początku roku tego roku szkolnego, w którym Riddle pojawił się znów w Hogwarcie? I wtedy te cudowne marzenia o kierowaniu szkołą wedle własnego myślenia straciłyby rację bytu. A przegrany Tom musiałby podkulić ogon i odejść.
Nie mógł do tego dopuścić. Trzeba było pozbyć się Dumbledore'a. Tom gorączkowo rozmyślał nad tym, jak by tu skompromitować go na oczach czarodziejskiego świata. Okazja nadarzyła się całkiem szybko. Tom otrzymał list od Mulcibera.
Drogi Voldemorcie,
Mam wiadomość, która z pewnością cię zainteresuje i usatysfakcjonuje. Od paru tygodni mój urząd ścigał Aberfortha Dumbledore'a, brata samego Albusa. Właśnie go ujęliśmy i postawiliśmy zarzut ćwiczenia groźnych zaklęć na kozie. Jeśli dobrze pójdzie, sprawę przejmie sam Wizengamot, a to znaczy, że Aberforth się z tej sprawy tak łatwo nie wyliże. Jutro w "Proroku Codziennym" pojawi się obszerny artykuł o Aberforthcie i znęcaniu się nad zwierzętami.
Ciekawe, co na to powie ten złamany wielbiciel mugoli i innych pokrzywdzonych.
Mulciber
- Proszę, proszę, rodzony braciszek starego Dumble'a... - mruknął Tom i uśmiechnął się pod nosem.
Reakcja nie była jednak taka, jakiej by sobie życzył. Albus wzbudził powszechne współczucie, że tak wielki i szlachetny czarodziej ma w najbliższej rodzinie osobę tak conajmniej niepoważną. Odebrał mnóstwo listów z wyrazami zrozumienia i łączności. Riddle w bezsilnej złości zaciskał pięści i zgrzytał zębami, obserwując klepanego po plecach Dumbledore'a. Sfrustrowany, zamykał się na całe popołudnia w swoim gabinecie, niedostępny dla nikogo, i kreślił jakieś niedorzeczne i niemożliwe plany zepchnięcia Dumbledore'a na margines. Doskonale zdawał sobie jednak sprawę z tego, że ze starym Dumble'em musi być ostrożny. Każda próba zamachu na jego reputację, będzie również samonarażaniem się na zdemaskowanie. Tom zgniatał kawałki pergaminu i z całej siły ciskał nimi do kominka, a płomień syczał i wyrzucał iskry.
To bez sensu, myślał i opadał całym ciężarem ciała na mosiężne biurko, zamykając oczy i widząc znienawidzoną, niewyraźną twarz profesora transmutacji.
*
W czwartym roku nauczania stało się coś, co omal nie zakończyło kariery Riddle'a, choć na dobrą sprawę jeszcze się ona nie zaczęła. Tom wszedł w niestosowną zażyłość z uczennicą siódmej klasy z Ravenclawu, Rosettą Bowles. Dziewczyna pochodziła z szanowanej, czarodziejskiej rodziny i była zdolną uczennicą, w dodatku bardzo miłą i obdarzoną niespotykanym urokiem osobistym. Na lekcjach była aktywna, wykonywała polecenia nauczycieli z nawiązką i budziła powszechny podziw.
Na jednej z lekcji obrony przed czarną magią Tom, jak miał w zwyczaju, opowiadał uczniom o jednej ze swoich rzekomych przygód w Albanii (Tom doskonale widział, w którym momencie zawsze kończyła się prawda, a w której wyobraźnia dawała popis, ale nigdy nie dawał tego po sobie poznać). Tym razem fabuła krążyła wokół spotkania w jaskini z pewnym hybrydycznym stworzeniem, wytworem stacjonującego w okolicy czarnoksiężnika.
- Ów potwór, w połowie chimera, w połowie ogromny wąż, większość czasu spędzał pogrążając się we śnie - mówił Tom, siedząc nonszalancko na biurku i turlając między chudymi palcami błękitno-zielone pióro. - Było to stworzenie eksperymentalne, życie dał mu czarnomagiczny zabieg, dość skomplikowany, ale w istocie błędny, dlatego sposób funkocjonowania tej hybrydy nie mógł być prawidłowy. Każdy jej ruch, każda czynność pochłaniała dziesięć razy więcej energii niż w normie, nic więc dziwnego, że musiała dużo odpoczywać. Miejscowi ludzie bardzo się jej bali, ale wbrew pozorom była zupełnie niegroźna...
- A ten czarnoksięznik? - spytał Andrew, ślizgon.
- Ach, to był w ogóle specyficzny przypadek! - odpowiedział Tom, nagle rozbawiony. - Wyobraźcie sobie, że był liczem.
Rozległy się podniecone głosy, ale jedna z dziewczyn zapytała głośno:
- Kim był?
- Liczem - powtórzył spokojnie Riddle, podnosząc dłoń, aby uciszyć klasę. - Staje się nim człowiek, który chce być nieśmiertelny.
- Więc oni istnieją naprawdę? - spytała Rosetta Bowles, wpatrując się w nauczyciela.
- Też w ich nie wierzyłem, dopóki nie spotkałem - rzekł Tom. - Czarodzieje uważają, że licze są tylko wytworem ludzkiej fantazji, ale to nieprawda. Z drugiej strony, trudno się dziwić takim opiniom, gdyż licze zdarzają się niezmiernie rzadko.
- Chyba niewielu jest ludzi, którzy chcieliby być nieśmiertelni... - mruknął Daniel Scrap z Gryffindoru.
- A ja myślę, że jest wielu, tylko że nie wszyscy są gotowi ponieść taką cenę, aby to osiągnąć - powiedział z ożywieniem Gerard Knitwear.
- Tak, zgodzę się z Gerardem - rzekł Riddle, drapiąc się po brodzie. - Wiecie, co się staje z czarnoksiężnikiem, który przeprowadza rytuał i staje się liczem?
Gerard podniósł rękę.
- Umiera - powiedział, a po klasie poniósł się szmer przyciszonych głosów. - Staje się chodzącym trupem. I traci duszę...
- Rzeczywiście, czarnoksięznik umiera, ale nie zgodzę się z tym, że traci duszę - przerwał mu Tom. - Dusza opuszcza ciało i jest umieszczona w relikwiarzu. Relikwiarzem może być jakaś szkatuła, naczynie albo pierścień. Zwykle jakiś ważny przedmiot.
- Czy można potem zabić licza? - spytał ktoś.
- Nie bądź głupi, przecież jest nieśmiertelny... - odburknął ktoś inny.
- Można zniszczyć licza - powiedział głośno Tom. - Ale tylko jeśli zniszczy się jego relikwiarz.
- A jak on wygląda? Ten licz? Bo przecież pan go spotkał, tak?...
- Tak, spotkałem go... - mruknął Tom. - Ciało licza ulega rozkładowi, jak u normalnego trupa. Nieprzyjemny widok. Nie ma o czym mówić. Natomiast niezwykły jest sam rytuał transmutacji...
- Przepraszam, może się mylę, ale ta lekcja nazywa się obrona przed czarną magią, a ja odnoszę wrażenie, że pan opowiada nam o swoich dziwnych fascynacjach - powiedział głośno Terry Hill, Gryfon, który do tej pory milczał.
Najpierw nastąpiła głucha cisza, a potem rozległo się kilka syków, a parę osób, w tym Rosetta, spojrzało na Terry'ego z oburzeniem. Chłopak zaczerwienił się trochę, ale wpatrywał się wyzywająco w nauczyciela.
- Naprawdę myślisz, że uraczam was tymi opowieściami gwoli swojej i waszej rozrywki? - spytał chłodno Tom, nie ruszając się z miejsca. - Obrona przed czarną magią nie polega tylko na pilnym uczeniu się przeciwzaklęć. Na poziomie owutemów powinniście mieć trochę szerszy obraz, na czym może polegać czarna magia i jakie może przybrać postacie. Bez tego, na co wam formułki wykute na egzamin?
W klasie nadal panowała niezmącona cisza. Zdawało się, że wszyscy wstrzymali oddechy.
- Oczywiście możesz iść do swojego opiekuna, może on zechce uczyć cię tego przedmiotu tak, jak byś sobie tego życzył - powiedział Riddle zjadliwie. Opiekunem Gryffindoru był Dumbledore. - Póki co, ja prowadzę te lekcje i ja będę ustalał program.
Rozległ się dzwonek. Uczniowie powoli wstawali z krzeseł, a nie widząc sprzeciwu ze strony nauczyciela, szybko spakowali książki do toreb i opuścili klasę szepcząc gorączkowo. Terry ze złością zasunął za sobą krzesło i ruszył sam w stronę drzwi. Rosetta patrzyła za nim z wyraźną odrazą, a potem podeszła do biurka Toma, który chował pióro do swojej torby.
- Proszę się nim nie przejmować - oznajmiła Rosetta. - Ostatnio jest złośliwy wobec wielu osób.
Tom spojrzał na nią. Ktoś zatrzasnął drzwi klasy.
- Nie przejmuję się nim - powiedział cicho. - Mam nadzieję, że reszcie lekcja się podobała.
- Oj, bardzo! - zawołała uradowana. - Te opowieści są niesamowite... Wiele pan zobaczył. Możemy tylko pozazdrościć panu tych przygód.
Riddle uśmiechnął się lekko. A potem stali przez chwilę w milczeniu. Rosetta nadgryzała nerwowo usta, ale najwyraźniej nie chciała odejść.
- Yyy... - mruknął Tom. - Kiedy jest następne zebranie Klubu Ślimaka? Zdaje się, że należysz do niego?
- Tak - powiedziała Rosetta. - Teraz spotkamy się w piątkowy wieczór. Chce pan przyjść?
- Tak właśnie mi przyszło do głowy... Profesor Slughorn wiele razy mnie już zapraszał.
- Sprawi pan profesorowi wielką frajdę. Dużo opowiada o panu na spotkaniach.
- Naprawdę? - Tom znów się uśmiechnął. - Co mówi?
- No, że zawsze był pan bardzo bystry i ambitny... Że miał pan wielu przyjaciół... wszyscy pana lubili... i że w ogóle jest pan legendą tego klubu!
- No, proszę. - Riddle uśmiechnął się tym razem bardzo wyraźnie. - Teraz chyba nie mogę odmówić profesorowi. Muszę przyjść.
Rosetta również się uśmiechnęła. Jej długie rzęsy zakłapały parę razy.
- Pójdę już... - wybąkała. - Za chwilę mam zaklęcia.
Tom zarzucił torbę na ramię i wyszedł za nią z klasy.
- Do zobaczenia, profesorze - rzuciła Rosetta na odchodne.
- Do widzenia - odpowiedział Tom, stukając różdżką w klamkę, aby zamknąć drzwi klasy. Odetchnął ciężko. Stał chwilę nieruchomo przy drzwiach. Obserwował sylwetki uczniów śmigających na zajęcia. A potem ruszył do swojego gabinetu.
*
W piątkowy wieczór Tom udał się do gabinetu Horacego Slughorna. Pokój był jednak zamknięty. Riddle okrążył lochy w poszukiwaniu odgłosów zebrania Klubu Ślimaków. Wszędzie panowała cisza. Tom już gotów był opuścić lochy i kontynuować poszukiwania na wyższych kondygnacjach zamku, gdy któreś z drzwi uchyliły się z pojękiwaniem, jakby otwierano je bardzo powoli.
- Profesorze Voldemorcie! - syknął Paul, piątoklasista z Hufflepuffu. - Tutaj jesteśmy!
Tom zbliżył się do niego. Paul uskoczył w bok, a Riddle chwycił za klamkę i popchnął drzwi tak, że otworzyły się na całą szerokość.
Znalazł się w pomieszczeniu wypełnionym kłębami purpurowego dymu. Tom mógł dostrzec tylko znajdujące się blisko niego świece, wstążeczki, świecidła i neony. W momencie, gdy zamachał rękami, by odgonić od siebie purpurowy dym, rozległo się okropne buczenie, przypominające odgłos zadęcia w nieprzeczyszczone tuby. Przerażony, cofnął się o kilka kroków, aż wpadł na kamienną ścianę.
- Niespodzianka! - zawołano chóralnie.
Kłęby dymu zaczęły opadać na posadzkę, a Riddle teraz dostrzegł, że znalazł się w przestronnej, jasnej komnacie. Z sufitu zwisał okazały kandelabr. Przy ścianach ustawione były czarne kanapy i fotele, wykonane z jakiegoś połyskliwego tworzywa. Siedziało w nich kilkunastu starszych uczniów Hogwartu, odsuwając od ust czarodziejskie rogi dla dzieci.
- Niespodzianka! - powtórzył jakiś chrapliwy głos za plecami Toma i zaśmiał się. Riddle odwrócił się. To profesor Slughorn stał przed nim, uśmiechnięty promiennie i wypinający swój potężny brzuch.
- Profesorze... co za przywitanie... - wysapał Tom, wciąż mający w uszach nieznośny dźwięk, który rozległ się przed paroma chwilami.
- Niezłe, co? - stwierdził donośnie Slughorn, a Riddle w duchu nie przyznał mu racji. - Pomyślałem, że może tak przydałoby się zrobić bardziej... hmm... ożywione spotkanie, skoro tak zacna postać ma przybyć na jedno z naszych skromnych i cichych spotkań. - Wąsy profesora zatrzęsły się w wyrazie tłumionego chichotu.
- A kto panu powiedział, że zamierzam przyjść? - spytał Tom z uśmiechem, kątem oka dostrzegając bujne loki Rosetty Bowles. - To ja chciałem zrobić panu niespodziankę, przychodząc bez zapowiedzi.
- Ależ uważam, że Rosetta postąpiła bardzo rozsądnie mówiąc mi o twoim zamiarze! - zagrzmiał Slughorn, patrząc z pewną dumą na dziewczynę, która pokraśniała i uśmiechała się z pewnym zażenowaniem.
- Rosetto, jak mogłaś? - powiedział Riddle przesadnie karcącym tonem.
- Ach, na jedno wyszło, bo niespodzianka była, ale czy ważne, kto w efekcie się zaskoczył? - odezwał się Gerard Knitwear.
Rozległy się śmiechy.
- Rzeczywiście, nie roztrząsajmy tego dalej - rzekł rozbawiony Slughorn. - Tom, jesteś dzisiaj honorowym gościem, więc siadaj - różdżką wskazał Riddle'owi fotel - i częstuj się. Bierz, na co masz ochotę!
Na środku sali znajdowały się mosiężne, drewniane stoły, zawalone mnóstwem magicznych słodyczy, owocami, różnorodnymi orzechami i dziesiątkami butelek z piwem kremowym. W rogu stała potężna beczka, zapewne z miodem pitnym.
Tom siedział nisko w fotelu, nieco skrępowany, ściskając w dłoniach butelkę z piwem kremowym, którą już wcisnął mu Slughorn. Teraz nauczyciel eliksirów siedział naprzeciw i wpatrywał się z błogością w niego, mrużąc swoje i tak małe oczka i ciągnąc za końce sumiastych wąsów.
- Tom, żebyś wiedział, że patrząc na ciebie teraz, czuję się, jakby było zebranie Klubu Ślimaka, ale wówczas, gdy jeszcze ty chodziłeś tu... jako uczeń. Zaraz... ile to czasu minęło?
- Trzynaście lat temu skończyłem Hogwart - odrzekł spokojnie Tom.
- Taak... - wysapał Slughorn. - Wspaniale zdałeś owutemy.
Tom milczał. Slughron wyciągnął swą wielką łapę w kierunku miski z kandyzowanymi ananasami i zaczął wpychać sobie kawałki do ust. Jego obfita twarz trzęsła się, żując owoce.
- Brakuje tylko twoich przyjaciół - stwierdził, gdy przełknął wielki kawałek ananasa. - Bardzo ceniłem sobie Evana Rosiera. Miły, spokojny chłopak. Co się z nim dzieje?
- Pracuje w Ministerstwie - powiedział Riddle. - W Departamecie Transportu Magicznego.
- Aaaha... - wystękał Slughorn, wpychając sobie orzeszki do ust. - A Rudolf Lestrange?
- On podróżuje razem z Dołohowem.
Slughorn poruszył się w fotelu, krzywiąc się trochę.
- Do Antonina Dołohowa nie mogłem się nigdy przekonać - mruknął pod wąsami. - Był mało delikatny... we wszystkim... szczególnie w tym, co mówił.
- Racja, ale w gruncie rzeczy jest... w porządku - wymamrotał Tom, widząc oczyma wyobraźni okrutną, pociągłą twarz Dołohowa wykrzywioną w jego zwykłym, przerażającym śmiechu.
- Tak, tak, przyjaźniliście się, pamiętam - powiedział profesor Slughorn. - A co robi Mulciber? Lubiłem go, to był taki pulchny chłopiec. Flegmatyczny, ale ten spokój był jego sprzymierzeńcem przy nauce zaklęc i sporządzaniu eliksirów.
- Mulciber też pracuje w Ministerstwie, w Urzędzie Niewłaściwego Użycia Czarów - rzekł już nieco znudzony Tom.
- Ale nie jako amnezjator? - spytał Slughorn, chichocząc.
- Nie.
Riddle spojrzał na uczniów siedzących na kanapach i częstujących się smakołykami ze stołu. Niektórzy rozmawiali cicho między sobą, ale większość wsłuchiwała się w rozmowę między nauczycielami. Rosetta uśmiechnęła się nieśmiało, gdy napotkała spojrzenie Toma. Riddle szybko odwrócił wzrok i przytknął do ust butelkę z piwem kremowym.
Drętwa atmosfera, zagęszczona z powodu przybycia Toma, z czasem rozluźniła się. Uczniowie nie siedzieli już wciśnięci w kanapach, a chodzili po sali, gaworzyli swobodnie ze sobą, biorąc kolejne butelki z piwem i od czasu do czasu wsłuchując się w to, co mówił Slughorn i zaśmiewając się z jego dowcipów. Mistrz eliksirów sam był coraz bardziej rozbawiony od momentu, gdy otworzył beczkę z miodem (ta była tylko dla profesorów).
Ktoś wpadł na pomysł, aby zrobić Slughornowi i Riddle'owi konkurs na czarodziejską wizję artystyczną.
- Wyczarujecie z różdżek coś
wymiarowego, a my zdecydujemy, który pomysł nam się bardziej spodobał - mówił jakiś Krukon z siódmej klasy. Pozostali chórem wyrazili swoją aprobatę.
Slughorn, coraz bardziej czerwony na twarz, zaśmiał się i spojrzał na Toma.
- Oczywiście, możemy się zmierzyć, profesorze - rzekł Tom, stojąc obok niego rozluźniony, z rękami w kieszeniach szaty. - Ale pan pierwszy.
Slughorn wyciągnął różdzkę. Trzymał ją przez chwilę nieruchomo, delikatnie kołysząc się całym ciałem, i myślał intensywnie, a jego oczy wpatrywały się w przestrzeń. Potem wysapał coś podobnego do: "Mam!" i machnął różdżką. Wydobyła się z niej kiść fioletowych winogron, która uniosła się wysoko w powietrze i uformowała na kształt modelu Ameryki Południowej.
Uczniowie wydali odgłosy podziwu i zaklaskali gorliwie. Slughorn skinął głową w podziękowaniu.
- No, no, pomysłowe, ale dla mnie mało efektowne - powiedział Tom z udawaną złośliwością.
- Oddaję różdzkę tobie - zaśpiewał Slughorn. - Pokaż, co sam potrafisz.
Tom odchrząknął, wyciągnął przed siebie swoją długą różdzkę i machnął nią elegancko. Wytrysnął z niej różnobarwny pióropusz, wężowe języki, które pięły się w górę. Jeden wybił się ponad wszystkie, a reszta oplotła go i utworzyła mieniący się żywymi barwami wieniec. Rozległy się oklaski, ale na tym Riddle nie poprzestał. Raz jeszcze machnął różdżką, a wszystkie wstęgi rozplotły się i utworzyły okazałą koronę, kołyszącą się w powietrzu nad nimi. Uczniowie westchnęli z podziwem.
- Ach, cóż za buńczuczny gest! - wykrzyknął Slughorn, a potem zachichotał i z poufałością poklepał Toma w plecy. - No, to zdecydujcie, moi drodzy, który z waszych drogich nauczycieli - tu wskazał na siebie i na Riddle'a - jest lepszym wizjonerem.
Uczniowie trochę krępowali się wskazać jednego z nich, ale ostatecznie, ośmieleni kilkoma odważniejszymi, w większości wskazali profesora Slughorna. Tom, który zanadto nie przejął się werdyktem, rzekł:
- Gratuluję, panie profesorze...
- Tom, daj już spokój z tym "panem profesorem" - przerwał mu Slughorn. - Od dawna już cię nie nauczam. Niech ktoś poda nam miód! - zawołał w stronę uczniów, po czym wyciągnął do Toma swą opasłą dłoń. - Horacy. Tak do mnie mów.
- Ależ, profesorze... - wyjąkał Riddle. - Jakże bym mógł...
- Nalegam, Tom! - zaśmiał się Slughorn, wpychając mu w ręce kufel z miodem.
- Tyle lat był pan moim nauczycielem... - mówił Tom. - Niezręcznie mi będzie...
Slughorn uciszył go gestem ręki.
- Od dawna nie jestem twoim nauczycielem - powiedział z powagą. - Teraz jesteśmy kolegami z pracy. Kto żyje wciąż przeszłością, ten wiele traci!
- Całkowicie się z panem zgadzam - rzekł Tom, uznawszy, że już dość czasu poświęcił na grzecznościowe bronienie się przed zaszczytem, jakim miało być przejście ze Slughornem na "ty".
- Do dna! - zawołał Slughorn i przycisnął do warg swój kufel. Riddle poszedł w jego ślady. Poczuł rozkoszne ciepło w piersi, a przed oczami na moment zawirowało.
Slughorn patrzył trochę nieprzytomnie na swoich uczniów, aż w końcu zatrząsł swoją głową i rzekł:
- Która to już godzina? Czy nie powinniście już wracać do swoich dormitoriów?
- Ale panie profesorze... - zawył Gerard.
- Wy, Ślizgoni, możecie zostać, jesteście pod moją opieką - oznajmił Slughorn. - Ale reszta...
Ci uczniowie, którzy nie byli ze Slytherinu, zrozumieli, że muszą opuścić przyjęcie i wychodzili. Rosetta trochę się ociągała.
- Rosetto, ty także musisz już iść - powiedział smutno Slughorn. - Profesor Kidney jest słodka... - tu zachichotał - ale nie chciałbym, żeby się na mnie pogniewała.
- Dobrze. Dobranoc, profesorze Slughorn - powiedziała, odchodząc. - Dobranoc, profesorze Voldemorcie...
- Dobranoc, Rosetto - odpowiedzieli chórem Horacy i Tom.
- Profesor Voldemort? - powtórzył Slughorn, unosząc w górę brwi. - Brzmi zacnie.
Riddle utkwił wzrok w drzwiach, w których zniknęła Rosetta. Odstawił pusty kufel na stół.
- Muszę już iść, profesorze... przepraszam, Horacy - poprawił się.
- Co? Już? - spytał nieprzytomnie Slughorn. - Przecież jutro jest sobota. Chyba nie masz lekcji?
- Nie... Ale z rana wybieram się do Hogsmeade - skłamał Tom.
- Ach... rozumiem - mruknął zasmucony Horacy. - No, dobrze. To zobaczymy się jutro. Dobranoc.
Tom już był przy drzwiach, gdy Slughorn zawołał:
- Ale przyjdziesz jeszcze kiedyś na nasze spotkanie?
- Oczywiście.
Tom zamknął za sobą drzwi i puścił się biegiem. Opuścił lochy, minął salę wejściową i wspinał się po marmurowych schodach. Dojrzał Rosettę, skręcającą w stronę wieży zachodniej. Dogonił ją.
- Chyba nie powinnaś sama iść na wieżę - powiedział. - Jest noc.
Rosetta odwróciła się.
- Ach... to pan. - Uśmiechnęła się na widok Toma. - A dlaczego nie powinnam iść sama?
Riddle wzruszył ramionami.
- Różne wypadki tu mogą się wydarzyć - rzekł. - Za moich czasów... to znaczy, gdy byłem uczniem... nie było tu bezpiecznie.
- Naprawdę? - Rosetta spytała trochę od niechcenia. - Dlaczego?
- Chodź. Odprowadzę cię na wieżę i ci opowiem.
Szli, niezbyt spiesznie, korytarzami.
- Gdy byłem w piątej klasie, po zamku szwendał się potwór, który napadał na dzieci - mówił. - Jedną dziewczynkę w końcu zabił.
- A skąd wziął się ten potwór?
- To nieprzyjemna sprawa. Ale szkołę chciano zamknąć po tym morderstwie.
Rosetta wzdrygnęła się.
- Tobie z jego strony nic by nie groziło - rzekł Tom. - Przecież pochodzisz z rodziny czarodziejów
czystej krwi, prawda?
Dziewczyna zatrzymała się. Spojrzała na niego uważnie.
- A co to ma za znaczenie? - spytała z dziwnym chłodem.
- Tak się składało, że potwór atakował tylko dzieci mugoli - wyjaśnił Tom.
- Przepraszam - wybąkała Rosetta. - Pomyślałam przez chwilę... że pan ma jakieś uprzedzenia. - Jej twarz oblała się pąsem. - Niektórzy mówią, że ma pan coś do ludzi nie-magicznego pochodzenia.
Zatrzymali się u stóp spiralnych schodów na wieżę. Wisiał tam obraz przedstawiający prząśniczkę.
- Teraz wiem, że... to jakieś chore insynuacje - powiedziała. - Myślę, że niektóre osoby są zazdrosne o pana.
Tom milczał.
- Bo pan jest przecież wspaniałym nauczycielem - dokończyła, czerwieniejąc coraz bardziej. Odwróciła wzrok od Toma. Spojrzała na prząśniczkę, która uśmiechała się do nich lekko.
Stali tak przez kilka chwil. Riddle'owi zaczęło się wydawać, że całe wieki minęły, odkąd zatrzymali się tu, przy obrazie. Miód pitny wirował w jego głowie, otumaniając go. Nagle uświadomił sobie, że on i Rosetta stoją bardzo blisko siebie. Kto z nich się przysunął? Tom w ogóle nie pamiętał tego momentu.
Nie patrzyli na siebie. Wzrok Toma błądził po ścianach, podłodze. W końcu zmusił się, by spojrzeć na Rosettę. Znów uśmiechała się z pewnym zakłopotaniem, jak wtedy, w lochach Slughorna. I rozkosznie - choć wówczas jemu wydało się to idiotyczne - mrugała powiekami, a długie rzęsy wachlowały w górę i w dół.
Nie zdążył pomyśleć, czy chce to zrobić. Zbliżył się do niej jeszcze bardziej. Zanim zamknął oczy, zdążył dostrzec, jak uradowana prząśniczka z obrazu mruga do niego porozumiewawczo jednym okiem.
komentarze [6]sobota, 15 grudnia 2007
3. Wielkość Riddle'a i Dumbledore'aDo końca wakacji Tom przebywał w Hogwarcie razem z Dippetem, profesor Kidney, woźnym Appolionem Pringlem oraz Hagridem, który był pomocnikiem gajowego Ogga. Reszta personelu rozpierzchła się po kraju i miała powrócić dopiero na rozpoczęcie roku szkolnego.
Tom spotkał się ze swoimi towarzyszami w Świńskim Łbie, gdzie przekazał im instrukcje. Rudolfus Lestrange i Antonin Dołohow pojechali na południe Europy, by podtrzymywać potencjalnie korzystne kontakty, które udało się zawiązać podczas pobytu Riddle'a. Mulciber, Rosier i Avery mieli zatrudnić się w miejscach, które są centrum wydarzeń czarodziejskiego świata. Udało im się - Avery znalazł pracę jako salowy w Szpitalu Świętego Munga, a Rosier i Mulciber dostali posadę w Ministerstwie Magii: Rosier w Departamencie Transportu Magicznego, a Mulciber w Urzędzie Niewłaściwego Użycia Czarów. Nott wraz z żoną pozostał w Hogsmeade i został sprzedawcą w lokalnym sklepie. Tom potrzebował jednej osoby blisko siebie, która mogłaby pełnić funkcję szybkiego i bezpiecznego medium między nim a resztą jego ekipy.
Riddle przetransportował swoje rzeczy do Hogwartu. Zdążył już urządzić swój gabinet i opróżnić klasę obrony przed czarną magią ze zbędnych papierów i przedmiotów.
Zaliczył już kilka herbatek w gabinecie profesor Kidney, która, cała rozpromieniona, dokonywała oględzin Toma i wypytywała o zajęcia, którymi parał się po wyjeździe z Anglii. Jej pulchna twarz rumieniła się z przejęcia, gdy Tom ubarwiał swoje historie wprawną mimiką, modulacjami głosu i zawadiackimi spojrzeniami. Był jak zawsze fascynujący i czarujący.
Z Dippetem nie prowadził podobnych rozmów, raczej lakoniczne dialogi przy posiłkach. ("Tom, jadłeś już te paszteciki z siekaną wołowiną?", "Dziękuję, profesorze, już zjadłem pudding... wyśmienity.") Nie tracił jednak czasu na prowadzenie równie kurtuazyjnych konwersacji z Hagridem. Dla gajowego pojawienie się Riddle'a w Hogwarcie było jak zimny i zatrważający podmuch przeszłości. Bolesne wspomnienia wracały i gnębiły go. Zawsze, gdy znalazł się w pobliżu Toma, mózg zamieniał się w jeden potężny popłoch, a ręce i nogi drżały. Tym bardziej, że Tom szeptał kąśliwe uwagi, gdy nie było nikogo w pobliżu: "Znowu masz coś na sumieniu? Widzę, że boisz się..." lub "Co takiego trzymasz pod łózkiem? Znów mam iść naskarżyć do profesora Dippeta?". Riddle strasznie dręczył Hagrida. Robił to podczas posiłków lub gdy się mijali na korytarzu. Hagrid nie miał odwagi powiedzieć nikomu o tym, że jest prześladowany. Wszyscy prócz Dumbledore'a uwierzyli w jego winę sprzed lat i, choć zapewne odczuliby współczucie, pomyśleliby, że po części Hagrid zasłużył sobie na potępienie.
Z czasem Rubeus przestał przychodzić na posiłki do Wielkiej Sali i jadał u siebie w chatce. Zażegnał ten nowy zwyczaj dopiero wtedy, gdy wszyscy nauczyciele powrócili na 1 września, a od Toma dzieliło go kilka zajętych krzeseł przy stole prezydialnym.
Prawie wszyscy nauczyciele przywitali Toma bardzo serdecznie. Wyjątkowo wylewny był Horacy Slughorn, wykładowca eliksirów, który wziął Toma w objęcia i gorąco pogratulował pracy w Hogwarcie. Mili byli również Kettleburn od opieki nad magicznymi stworzeniami i sama Kasandra Trelawney, słynna wróżbitka, przypominająca urodą i strojem Cygankę (z jej bogatej sukni zwieszały metalowe, brzęczące ozdoby przypominające kształtem mugolskie monety). Była bardzo serdeczna do momentu, gdy podała mu dłoń - wtedy jej oczy przeszył dziwny niepokój i od tego momentu zaczęła epatować nieprzyjemnym chłodem. Riddle obawiał się, że wróżbitka mogła doznać jakiejś wizji na temat jego, ale postanowił nie zawracać sobie na razie tym głowy.
Z Albusem Dumbledorem wymienili tylko uprzejme "Dzień dobry". Okazję do krótkiej wymiany zdań mieli dopiero po kilku pierwszych dniach. Tom został wezwany do gabinetu Dippeta. Gdy stanął przed kamienną chimerą, właśnie wychodził zza niej Dumbledore.
- Dzień dobry, Tom - rzekł jak zwykle życzliwie Dumbledore. - Dyrektor już cię oczekuje.
Riddle już chciał wyminąć Dumbledore'a i wejść po schodach do gabinetu, ale zatrzymał się.
- Szczerze mówiąc, dziwię się, że pan wciąż tu siedzi, Dumbledore - powiedział zuchwale.
Dumbledore zatrzymał się przy Tomie i spojrzał na niego uważnie.
- Ktoś taki jak pan powinien robić zawrotną karierę w ministerstwie - wyjaśnił chłodno Riddle, unosząc w górę czarne brwi.
Dumbledore poprawił okulary-połówki na nosie. Wciąż miał gęste włosy o głębokiej barwie kasztanu, ale wokół ust i oczu rysowały się wyraźne zmarszczki.
- To samo mógłbym powiedzieć o tobie, Tom - rzekł.
Tom zaśmiał się cicho.
- To nobilitacja słyszeć to z pańskich ust - powiedział, uśmiechając się nienaturalnie.
Dumbledore wciąż przyglądał mu się badawczo znad okularów-połówek.
- Idź już, dyrektor czeka - powiedział, tym razem już nie tak uprzejmie, jak wcześniej, po czym odszedł.
Jakiś czas później znów mieli okazję do krótkiej rozmowy. Pewnej nocy Tom wraz z Dumbledorem i profesor Kidney mieli za zadanie wspólnie ujarzmić poltergeista Irytka, który zaczaił się na nich w jednej z pustych klas. Gdy po krótkim starciu bezboleśnie schwytali go do dużego wazonu, profesor Kidney poszła zanieść go do biura Apolliona Pringle'a, a Riddle i Dumbledore pozostali sami. Tom już chciał odejść, ale tym razem to Dumbledore zatrzymał go.
- Słyszałem, że udało ci się przekonać do siebie uczniów - powiedział niespodziewanie Dumbledore.
Była to prawda. Uczniowie ze wszystkich domów już po pierwszej lekcji zaczęli entuzjastycznie odnosić się do nowego nauczyciela.
- Skąd to przypuszczenie? - spytał Tom, jakby zamierzał być skromny.
- Och, nie każdemu nauczycielowi udałoby się nakłonić uczniów, by zwracano się do niego wedle jego życzenia - rzekł Dumbledore z osobliwym uśmiechem, machając przy tym ręką, jak by nie chciał, by Tom silił się na fałszywą pokorę. - Profesor Voldemort, tak o tobię mówią... Brzmi ciekawie.
Riddle przestąpił nerwowo z nogi na nogę.
- Zna pan moją historię - powiedział. - Chyba nie liczył pan na to, że dłużej będę znosił te upokorzenia, jakimi było ustawiczne zwracanie się do mnie imieniem i nazwiskiem mojego ojca.
Dumbledore przybrał poważną minę.
- I pod tym nowym nazwiskiem chcesz reprezentować siebie samego... dokonując takich rzeczy, że zwykłemu człowiekowi włos się jeży na głowie, gdy o nich pomyśli.
- O co panu chodzi? - spytał wyzywająco Riddle.
- O to, czym się parałeś, gdy przebywałeś zagranicą - wyjaśnił Dumbledore, kierując na Toma gniewne spojrzenie. - Miałem oczy i uszy szeroko otwarte. Dużo usłyszałem o tobie.
- I to napawa pana takim przerażeniem? - zakpił Tom. - Niech pan nie żartuje. Proszę wybaczyć, Dumbledore, ale chyba ma pan przestarzałe poglądy na pewne... sprawy.
- Moje poglądy na temat konkretnych rodzajów magii są w pełni ustabilizowane od lat - rzekł groźnie Dumbledore, a z jego oczu zdawały się sypać iskry. - Stanowiska wobec pewnych spraw są niezmienne. Czas nie ma na nie wpływu.
Tom prychnął pogardliwie.
- Znów powie pan, że miłość jest najpotężniejszym z rodzajów magii?
- Tak... - powiedział Dumbledore. - A ty o to pytasz, bo pewnie znów nie znalazłeś potwierdzenia dla mojej tezy?
- Zapewne szukam w nie odpowiednich miejscach - wycedził Tom, wykrzywiając usta w grymasie, który miał być kpiącym uśmiechem.
- Najpierw odnajdź na nowo siebie, Tom - rzekł spokojnie Dumbledore. - Potem masz szansę, żeby ruszyć do przodu.
- Nasze pojęcie o tym, co znajduje się na przedzie, znacznie się różni - oświadczył Riddle.
- Najwyraźniej - mruknął Dumbledore. - Ty chcesz poszerzyć grono śmierciożerców?
Tom dał się zaskoczyć. Nie odpowiadał.
- Wiem, że tak nazywają siebie chłopcy, którzy spali z tobą w jednym dormitorium. Zadziwiająca jedność po latach.
- Sam pan uważa, że wielkość i siła tkwi w jedności.
- Sądzisz, że to, co robisz i do czego dążysz, jest wielkie?
- Pan znów zacznie to samo... Skończmy to - powiedział Riddle.
Niebieskie oczy Dumbledore'a zabłyszczały znad jego okularów-połówek.
- Nie będę ci perswadował, abyś to ty zakończył z tym, co zdążyłeś rozpocząć - rzekł chłodno. - Nie podoba mi się, że jesteś w Hogwarcie jako nauczyciel. Gdyby ode mnie to zależało, nie oddałbym w twoje ręce uczniów.
Wstał z krzesła, przeszedł przez środek klasy i zatrzymał się przy drzwiach.
- Będę miał na ciebie oko, Tom.
I zostawił Riddle'a samego z bardzo posępną miną.
Tom nie zmienił jednak swojego sposobu rozumowania. Następnego dnia w jego żyłach znów płynęła gorąca krew wraz z wielką wiarą w to, czego dokona. Nadal był w kontakcie ze swoją kompanią i dbał o edukowanie uczniów. Według własnego toku myślenia.
komentarze [13]środa, 12 grudnia 2007
2. HogwartRok 1955.
Był sierpniowy wieczór. Tom Riddle szedł drogą prowadzącą z Hogsmeade do Hogwartu. Do jego czarnych butów wlała się woda, a po kapturze płaszcza i ramionach spływał deszcz. Tom nie spieszył się. Zanim dotarł do mosiężnej bramy Hogwartu, zapadła ciemność, a Tom stał się przemoczoną, niewyraźną plamą.
Zatrzymał się przy bramie i wystrzelił z różdżki szereg jaskrawoczerwonych iskier. Był umówiony na spotkanie, więc ktoś powinien go wyczekiwać.
Po kilku minutach zjawiła się jakaś postać spowita w nieprzemakalny płaszcz.
- Witam, profesor Kidney - rzekł zuchwale Tom.
- Kto tam? - rozległ się zachrypnięty, kobiecy głos.
- Tom Riddle.
Profesor Kidney natychmiast wyciągnęła różdżkę i stuknęła nią w kłódkę bramy. Wrota się otworzyły, a Tom wkroczył na teren szkoły.
- Wybacz, Tom, nie poznałam cię po głosie - rzekła uprzejmie. Taka była profesor Kidney. Zawsze życzliwa, miła, cierpliwa i opiekuńcza. Nauczycielka zaklęć.
Szli razem przez rozmiękczone od nieustającego deszczu błonia. Krok Toma był duży i pewny. Profesor Kidney stąpała drobnymi kroczkami, za palce chwyciła poły płaszcza, by się nie ubłociły.
- Profesor Dippet czeka na ciebie w swoim gabinecie - powiedziała beztrosko, gdy wchodzili do oświetlonej sali wejściowej. Tutaj Tom ściągnął kaptur, a woda obficie spłynęła na posadzkę.
- Tom, jak ty wyglądasz! - wykrzyknęła z troską profesor Kidney.
Tom spojrzał na nią. Wiedział, że się zmienił. Był blady, szczuplejszy niż dziesięć lat temu, gdy opuszczał Hogwart. Policzki w jego uroczej, pociągłej twarzy zapadły się, a pod oczami czaiły się złowrogie cienie. Długie, czarne włosy, związane z tyłu w kucyk, optycznie jeszcze bardziej wychudzały Toma i sprawiały, że naprawdę strasznie wyglądał.
- Jestem zmęczony - rzekł tonem, jakby się usprawiedliwiał. - Przez ostatnie lata żyłem w ciągłej podróży. Często zmieniałem pracę...
- Mam nadzieję, że Hogwart da ci ukojenie - powiedziała profesor Kidney, wpatrując się w Toma z matczyną miłością - i znów stanie się twoim domem. Zasługujesz na to.
Udali się na górę.
- Trafisz do gabinetu dyrektora? - spytała, gdy znaleźli się na drugim piętrze.
- Oczywiście - rzekł Tom.
- To w takim razie tu się rozstaniemy... - powiedziała profesor Kidney. - Będę trzymała kciuki, aby ci się udało.
- Dziękuję.
- Dobranoc, Tom.
- Dobranoc, pani profesor...
Tom chwilę stał i patrzył, jak korpulentna sylwetka profesor Kidney wspina się dalej po schodach. Potem skręcił w prawo i poszedł prosto do gabinetu Dippeta.
Ponowne zjawienie się w Hogwarcie nie wywołało u niego takich emocji, jakich można by się spodziewać, gdy człowiek wraca do ukochanego miejsca po tylu latach. Tom nie był nigdy sentymentalny, ale miał dziwną słabość przywiązywania się do pewnych rzeczy i nadawania im wielkiej wagi. Kiedy szedł wzdłuż hogwarckich murów, mijał kandelabry, portrety i zbroje, czuł się, jakby nigdy nie opuszczał tego miejsca. Jakby tych wszystkich wydarzeń, jakie nastąpiły po zakończeniu edukacji w Hogwarcie, nie było... Jakby należały do innego, nie do końca realnego wymiaru. Liczył się tylko Hogwart i to, co się działo w jego murach.
Chimera od razu uskoczyła w bok, gdy Tom nadszedł. Być może Dippet zauważył, jak Riddle się zbliża.
Gabinet wcale się nie zmienił. Nadal okrągły, monumentalny, zawalony mnóstwem książek i portretami byłych dyrektorów hogwarckich. Dippet siedział za mosiężnym biurkiem, na którym leżały jakieś świstki papierów, magiczne pióro i tajemnicze magiczne przyrządy. Przed nim stało krzesło, jakby specjalnie wyczarowane i wyczekujące gościa.
- Witaj, Tom - wystękał stary, wątły Dippet. - Usiądź.
Za Tomem drzwi gabinetu same się zamknęły. Riddle podszedł wolno do dyrektora i usiadł na krześle przed jego biurkiem.
- Zmieniłeś się - stwierdził Dippet, bacznie przyglądając się byłemu uczniowi. W jego oczach kryła się nie tyle troska, jak w przypadku pełnej dobroci profesor Kidney, ale dziwny, przeszywający niepokój.
- Ostatni raz widzieliśmy się dziesięć lat temu - wyrzekł sucho Tom.
- Prawda, prawda - wymamrotał Dippet, chwytając nieporadnie kartki rozwalone na biurku i układając w niedbały stos. - Cóż, jesteśmy coraz starsi... Sam robię się bardzo zmęczony.
Dippet wstał z krzesła, podpierając się dłońmi o blat biurka. Kości strzyknęły, a starzec stęknął.
- Z pewnością jesteś po długiej podróży, Tom... Napijesz się czegoś?
- Nie, dziękuję. Wstąpiłem do Świńskiego Łba i tam wypiłem coś mocniejszego.
Dippet uśmiechnął się uprzejmie i znów usiadł.
- Tom, Tom... - wyśpiewał. - Tu nic prawie się nie zmieniło. Jakby Hogwart czekał na ciebie.
Riddle wyprostował się na krześle.
- Miło mi to słyszeć, dyrektorze - odparł.
- Naszły mnie takie myśli, kiedy wysłałeś mi wiadomość, że zamierzasz znów tu przybyć z powtórną prośbą o przyznanie ci stanowska nauczyciela obrony przed czarną magią - rzekł Dippet. - Od czasu, gdy odmówiłem ci tego, wszystko tu jest tak samo. Zmieniają się pracownicy ministerstwa, zmieniają się przepisy... a Hogwart jakby żył swoim życiem. Pomyśl tylko, czy to nie znak?
Tom milczał.
- Czy nie powinienem ulec ci wówczas? - ciągnął staruszek, nie patrząc jednak na Toma, jakby swe słowa kierował gdzieś w przestrzeń. - Ech, chyba jednak nie. Ech, to nie był dobry moment...
Dippet zamilkł. Tom, przekonawszy się, że dyrektor zakończył swój niezrozumiały monolog, powiedział:
- Dotarło do mnie, że profesor Merrythought zrezygnowała z posady. Chciałbym teraz potwierdzić, dyrektorze, że może pan na mnie liczyć. Mogę ją godnie zastąpić.
- Zmieniłeś się, Tom... - powtórzył niespodziewanie Dippet, nie zwracając uwagi na to, co właśnie powiedział Riddle. - Schudłeś, wyglądasz na bardzo zmęczonego... Coś ty takiego robił, gdy cię nie było? Wieść o tobie przepadła. Gdzieś tylko słyszałem, że zaraz po szkole pracowałeś jako subiekt u Burkesa. Do dziś się zastanawiam, dlaczego tak dobry uczeń miał tak niskie ambicje? Dlaczego odrzucił kuszącą ofertę z ministerstwa? Powiedz mi, Tom.
Riddle nie od razu odpowiedział.
O, jakże stary Dippet się mylił. Tom Marvolo Riddle, zwany od dawna wśród najbliższych Lordem Voldemortem, miał być chłopakiem bez ambicji? Dyrektor nigdy nie był podejrzliwy wobec Toma, w przeciwieństwie do Dumbledore'a. Ten chciwie łowił każdą złowrogą pogłoskę o Riddle'u i przetwarzał na swój sposób w swoim umyśle, tłumaczył ją sobie. Wręcz kolekcjonował pewne urwane frazy i myśli o nim, układał w niby-puzzle, które miały utworzyć consensus. Lecz czy Tom był tak prosty, by można było łatwo wytłumaczyć sobie jego postępowanie i odnaleźć sensowne motywacje? Z pewnością nie. Ale staremu Dumble'owi nie szło to bynajmniej źle.
Po szkole Tom rzeczywiście otrzymał ofertę pracy od Ministerstwa Magii, ale odrzucił ją. W tej instytucji na razie nie znajdowało się nic, co by mogło go interesować. Jedynym miejscem, z którym Tom wiązał swoją najbliższą przyszłość, był Hogwart. W nim, jako nauczyciel i zarazem osoba uprawniona we wnikanie do najgłębszych sekretów tej potężnej, starożytnej siedziby magii w swej najczystszej postaci, mógł odnaleźć wiele rzeczy, które pozwoliłyby zakorzenić wszędzie potęgę Lorda Voldemorta - wszędzie, gdzie by tylko zechciał. Dyrektor Dippet nie pozwolił jednak Riddle'owi zostać nauczycielem. Wobec tego Tom odnalazł deskę ratunku dla siebie i zarazem port, w którym miał na razie zacumować, nie marnotrawiąc swych możliwości i czasu. Był nim sklep Burkesa w Londynie na Śmiertelnym Nokturnie.
Tom Riddle został subiektem w mrocznym, podejrzanym sklepie londyńskim. Mógł do woli napawać się oglądaniem cennych magicznych przedmiotów. To, rzecz jasna, nie mogło Tomowi wystarczyć. Komuś tak potężnemu, komuś, kto miał osiągnąć rzeczy, jakie nie były udziałem żadnych czarodziejów w historii, należało się posiadanie równie wielkich i groźnych relikwii.
Riddle wykorzystywał cały swój urok, aby zdobywać cenne przedmioty, które później wędrowały przez sklep Burkesa, były sprzedawane, a potem, dzięki zdolnym subiektom, wracały do sklepu z powrotem - i tak w kółko. Jedną z osób, z którą Tom nawiązał zawodowe kontakty, była zamożna czarownica - pani Chefsiba Smith. Ta nieszczęsna kobieta, oczarowana urodą i manierami młodego subiekta, miała to, czego tak pożądał Riddle: pamiątki po Heldze Hufflepuff i Salazarze Slytherinie.
Dla tych przedmiotów, które potem chciał skrzętnie wykorzystać, Tom był gotów na wszystko. Zamordował panią Smith, ukradł z jej domu czarkę Helgi i medalion Salazara i wyjechał daleko. O zabójstwo Chefsiby oskarżono jej skrzatkę Bujdkę. Pan Burkes nie zrozumiał powodu nagłej ucieczki Toma. Krótko po tym zdarzeniu zmarł. Właścicielem sklepu z czarnoksięskimi przedmiotami został pan Borgin (odtąd sklep nosił nazwę "Borgin i Burkes"). O istnieniu czarki i medalionu nikt poza Bujdką nie wiedział.
Tak więc Riddle nie był nawet podejrzany o żadne przestępstwo. Wraz z trofeami i kilkoma ze swoich przyjaciół udał się na południe Europy, by tam eksperymentować z czarnoksięskimi zabiegami i przejść przez szereg groźnych transformacji. Odnalazł poszukiwany od wieków diadem Roweny Ravenclaw. Poczynił pierwsze kroki ku uzyskaniu nieśmiertelności. Stworzył pięć z sześciu zaplanowanych horkruksów. Były nimi: medalion, czarka, diadem, pierścień Peverella oraz pamiętnik, w którym zapisał swoje wspomnienia z okresu, gdy otworzył Komnatę Tajemnic. Trzy z pięciu horkruksów Riddle ukrył, dwa zatrzymał przy sobie. Nikt teraz nie był w stanie zniszczyć Lorda Voldemorta, jeżeli uprzednio nie zlikwidowałby jego horkruksów.
Mogło się wydawać, że śmierć nigdy nie spotka Toma.
Na nieśmiertelności zależało Tomowi najbardziej. Wieczne życie, niemożność bycia umarłym - to było to, z czym od samego początku kojarzyła mu się magia. Dlaczego jego matka, skoro była czarownicą, i to potomkinią samego potężnego Slytherina, umarła? Tego Tom nie mógł zrozumieć.
Już wiedział, że nie ma dobra i zła. Zdołał wyzwolić się z tego smętnego schematu. Tak naprawdę istniało coś zupełnie innego: władza i potęga oraz ludzie, którzy są zbyt słabi, by tę potęgę osiągnąć.
Do takich wniosków dochodził Tom przez ten okres, gdy opuścił Anglię.
- Co robiłeś przez te wszystkie lata? - ponownie zapytał Dippet.
- Kształciłem się - odpowiedział niejasno Tom.
- Aha - mruknął dyrektor, spoglądając na Toma niepewnie.
- Wiele zobaczyłem przez te dziesięć lat - oświadczył Riddle. - Jestem w stanie przekazać uczniom tyle, ile żaden inny nauczyciel.
- Wierzę ci, Tom - wyrzekł Dippet. - Zawsze byłeś inny od zwykłych uczniów.
Toma połechtało to stwierdzenie, mimo że był do tego typu uwag przyzwyczajony.
- Można zrozumieć to, że zwykła kariera nie będzie cię interesować - ciągnął Dippet. - Że będziesz chciał osiągnąć coś nowego. Coś więcej.
Zwykłych uczniów,
zwykła kariera. Coś
nowego, coś
więcej. Tak, można było uznać, że stary Dippet wiedział, w czym tkwi sedno.
- Ufam, Tom, że sprawdzisz się na tym stanowisku. Przyjmuję cię.
Tom nie uśmiechnął się. Kiwnął głową, uścisnął rękę Dippetowi i, zanim odszedł, znał już szczegóły dotyczące jego pracy: kompetencje, sprawa gabinetu i inne błahe kwestie. Nie to było przecież najważniejsze.
Po tej rozmowie Riddle udał się do sowiarni i napisał lakoniczny list do Antonina Dołohowa, który wraz z resztą kompanii zatrzymał się w Hogsmeade.
Drogi Antoninie,
Tak jak przeczuwałem, otrzymałem posadę z rąk Dippeta. Spotkamy się jutro wieczorem w Świńskim Łbie. Tam pokieruję wami dalej. Mam już plany co do was.
Lord Voldemort
Nowy nauczyciel obrony przed czarną magią wypuścił przez okno brunatną sowę i wpatrzył się w ciemne błonia Hogwartu. Gwiazdy migotały figlarnie.
To jeszcze nie był początek drogi na sam szczyt. Trzeba było przeczekać jeszcze osiem lat.
komentarze [8]poniedziałek, 10 grudnia 2007
1. Rodowód. DzieciństwoDzieje ludzkie nie są warunkowane przez to, co myślimy lub co czujemy. Dopiero nasze czyny i wybory decydują o historii świata. Lecz cóż o tym wiedzieć mogła biedna i niemądra Meropa Gaunt, która przez lata całe nie oglądała świata poza czterema ścianami nędznej chałupy na skraju Little Hangleton. Dopiero bez mała kilkadziesiąt lat po jej śmierci skutki jej obłąkanej miłości odbiły się echem rujnując życie setek ludzi.
Tom Marvolo Riddle urodził się w okolicach Bożego Narodzenia w 1927 roku.
Meropa Gaunt przyszła na świat w rodzinie czarodziejów chlubiących się tytułem ostatnich żyjących potomków wielkiego Salazara Slytherina, jednego z czwórki założycieli legendarnej Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Nie była taka, jak życzyłby sobie tego jej szalony ojciec Marvolo. Od wczesnego dzieciństwa gnębiona i tłamszona przez starszego brata, nie wykazała cech należytych zacnej rasie czarodziejskiej. Dla Marvola była to największa hańba. Zakazał córce pokazywać się ludziom, nawet mugolom, którymi tak żarliwie gardził. Meropa wyrosła na małą, szarą jak popiół i brzydką dziewczynę. W rozpadającej się chacie na skraju lasu w okolicach Little Hangleton, gdzie mieszkała z ojcem i bratem, robiła za służącą, ale traktowano ją gorzej niż psa. Nie przeszkodziło to jej jednak w swych młodzieńczych latach po raz pierwszy zapałać wielkim i nieszczęśliwym uczuciem do przystojnego chłopca z sąsiedztwa.
Tom Riddle, bo tak ów młodzieniec się nazywał, mieszkał wraz z rodzicami w pięknej, zadbanej rezydencji. W Little Hangleton jego wraz z rodzicami uważano za czyste wcielenie bogatego snobizmu. W domu Riddle'ów magia kojarzyła się tylko z bzdurnymi wróżkami z bajek. Gdyby ktoś powiedział Tomowi, że padnie ofiarą właśnie czarodziejskiej sztuczki, i to wysmażonej przez to czupiradło ze śmierdzącej chałupy Gauntów, uznałby go za poważnie chorego. Tom nie miał nawet poczucia humoru.
A jednak, gdy Marvola i jego syna zaaresztowali funkcjonariusze Ministerstwa Magii, Meropa zaczerpnęła świeżego powietrza pachnącego wolnością i jutrzenką, i niespodziewanie odkryła w sobie pokłady czarownicy. Udało jej się sporządzić eliksir miłosny. W upalny dzień zwabiła pod swoją chatę Toma i zaproponowała kubek zimnej, orzeźwiającej wody. Nieświadomy ani szalonego uczucia Meropy, ani jej magicznej mocy, razem z wodą wypił eliksir.
To, co stało się potem, potoczyło się bardzo szybko. Gdy rodzice Toma nie zaakceptowali jego nowej kochanki, on wraz z Meropą wyjechał do Londynu i rozpoczął z nią nowe życie. Zakochani pobrali się. Byli ze sobą bardzo szczęśliwi do momentu, gdy Meropa zechciała przestać oszukiwać siebie i regularnie serwować ukochanemu eliksir miłosny. Tom jakby wyrwał się z letargu. W nocy, po cichu, opuścił odpychającą czarownicę, która była jego żoną, i skruszony wrócił na łono zatroskanych rodziców w Little Hangleton. Był odtąd posłuszny im i pokorny.
Wiedział, ze Meropa spodziewała się ich dziecka.
Nieszczęśliwa Meropa Riddle musiała jednak żyć dalej. Egzystowała marnie od dnia do dnia. Nikt nie litował się nad brudną, zszarzałą kobietą z opasłym brzuchem. Aby jakoś się wykarmić, Meropa musiała sprzedać w sklepie Burkesa prawie za bezcen rodzinne pamiątki, dziedzictwo po Salazarze Slytherinie. Aż dziw, że znalazła resztki sił, by urodzić dziecko i, na skraju wyczerpania, zanieść je do londyńskiego przytułku z prośbą i obłędem w oczach, by zaopiekowano się jej synkiem. Kilka dni później Meropa zakończyła swoje krótkie, żałosne życie na nadjedzonym przez robactwo kocu w zimnej, wilgotnej piwnicy jednej z bardziej posępnych kamienic.
Tom Marvolo Riddle, bo tak Meropa nazwała syna, znakomitą urodę odziedziczył po ojcu. Do jedenastego roku życia mieszkał w sierocińcu. Nie zaznawszy miłości, nie mając wobec nikogo długu wdzięczności, wyrósł na chłopca zimnego i bez skrupułów. Zdominował inne dzieci, a raczej ich umysły. Tak jak maluchy potrafią być szczere, tak żadne nie ośmieliło się powiedzieć Tomowi, że się go nie lubi. Ten jednak doskonale o tym wiedział. Nikt go nie lubił, powszechnie uważano go za dziwaka. I wszyscy się go bali. Tom wykorzystywał to do okrutnych zabaw.
Pewnego dnia w przytułku zjawił się wysoki, szczupły mężczyzna z długą, kasztanową brodą. Był to "stary Dumble" - tak jak Tom miał zwyczaj do końca życia pogardliwie nazywać wielkiego, szlachetnego i poczciwego Albusa Dumbledore'a. Ów tajemniczy jegomość, który był nauczycielem transmutacji, oznajmił, że zabiera Toma do Hogwartu, Szkoły Magii i Czarodziejstwa, by tam kształcić go na prawdziwego czarodzieja. Podejrzliwy z natury Tom nie bardzo wierzył w tę opowieść (choć bardzo by chciał). Dumbledore przekonał chłopca demonstrując swoje magiczne umiejętności. W gruncie rzeczy Tom zawsze uważał się za wyjątkową osobę.
Tom Riddle przybył do Hogwartu i pokazał się - nie tak, jak Dumbledore'owi, jako opryskliwy i zły młodziak - ale jako najgrzeczniejszy i najzdolniejszy uczeń w całej szkole. To wcale nie uspokoiło Dumbledore'a, wręcz przeciwnie - wzmożyło jego czujność i kazało wnikliwie obserwować chłopca.
W nowym miejscu Tom nie był taki jak w przytułku. Nie był bezmyślny i brutalny. Wykorzystywał swoją inteligencję i zmysł intuicyjny do zjednywania sobie sympatii nauczycieli i innych uczniów (głównie z domu Slytherina, do którego sam trafił), a potem stworzenia sobie grupy oddanych i gotowych na każde poświęcenie przyjaciół. Uwielbienie tych chłopców dla Toma graniczyło z fanatyzmem. Ale nieprędko zapracowali oni na poznanie jego sekretów. Nie wiedzieli, że ich duchowy przywódca gorączkowo szuka jakichkolwiek informacji o przeszłości rodziców. Jakież było jego zdziwienie, gdy dowiedział się, że to matka była czarownicą, a ojciec mugolem. Jakaż pogarda i szczera nienawiść zawładnęła jego w gruncie rzeczy niewinnym jeszcze sercem. Tom zaprzysiągł sobie zemstę na człowieku, który odrzucił żonę-czarownicę i pogardził dzieckiem.
Nie bez wpływu na jego dalsze losy było odkrycie, że przez linię jego matki płynie w nim krew samego Salazara Slytherina. Wiele lat poświęcił Tom na szukanie legendarnej Komnaty Tajemnic ukrytej w Hogwarcie i uwolnienie z niej potwora Slytherina. Idea oczyszczenia szkoły z czarodziejów brudnej krwi tak głęboko wbiła się w mózg piętnastoletniego młodzieńca, że do zapomnienia atakował dzieci z mugolskich rodzin. Otrzeźwiał dopiero wtedy, gdy potwór zabił dziewczynkę i dyrektor Dippet zaczął rozważać zamknięcie Hogwartu. W tej sytuacji Tom musiałby wrócić do sierocińca, którego nienawidził. Chłopak zamknął sprawę błyskawicznie. Ponownie uwięził potwora w Komnacie i o ataki oskarżył niewinnego Rubeusa Hagrida, nieokrzesanego ucznia trzeciej klasy. Dyrektor uwierzył grzecznemu i miłemu Tomowi. Wręczył Nagrodę za Specjalne Zasługi dla Szkoły i kazał milczeć na temat morderstwa. Hagrida wydalono ze szkoły. Tylko dzięki wsparciu Dumbledore'a pozwolono mu zamieszkać nieopodal zamku i zostać pomocnikiem gajowego.
Tylko jeden Dumbledore nie wierzył w winę Hagrida...
Przed ukończeniem Hogwartu Tom Riddle popełnił kolejne morderstwo. Potrójne. Odnalazł ojca i dziadków w rezydencji w Little Hangleton i zamordował ich za pomocą zaklęcia z różdżki wuja Morfina Gaunta. Przedtem odwiedził niemal zrujnowaną chałupę Gauntów. Znalazł w niej bezcenny pierścień, który przekazywany był z pokolenia na pokolenie, począwszy od jednego z braci Peverellów, a na Marvolo Gauncie kończąc.
Najbliżsi "przyjaciele" Toma wiedzieli o jego podbojach i cieszyli się jego sukcesami razem z nim. Będąc z nimi, Tom używał innego nazwiska: Lord Voldemort. Nie chciał nosić imienia i nazwiska swego plugawego ojca. Był przekonany, że przyjdzie czas, iż czarodzieje na całym świecie będą bać się wymawiać samego jego przydomka.
Czarowi Toma nie oparł się Horacy Slughorn, nauczyciel eliksirów, rówieśnik Dumbledore'a. Uważał Toma za wspaniałe zjawisko. Do momentu, gdy któregoś wieczoru Tom zapytał Slughorna o horkruksy. Profesor wyjaśnił, czym one są i na czym polega ich tworzenie, mimo że w Hogwarcie był to temat zakazany. Wówczas Tom spytał Slughorna, co sądzi o stworzeniu sobie siedmiu horkruksów. To dogłębnie wstrząsnęło nauczycielem. Wywołało w nim chwilę refleksji i nie pozwoliło myśleć dalej o Riddle'u jak o chłopcu bez skazy. To zdarzenie Slughorn zapamiętał na zawsze. Nigdy nie pozbył się poczucia winy, że wytłumaczył Tomowi, na czym polegają horkruksy.
Tom skończył szkołę z wybitnymi wynikami w nauce. Zaraz po tym zgłosił się do dyrektora Dippeta z prośbą, by zatrudniono go na stanowisku nauczyciela obrony przed czarną magią. Dippet odmówił, tłumacząc swą decyzję zbyt młodym wiekiem Toma. Polecił mu, by spróbował zwrócić się do niego o posadę za kilka lat.
Tak też uczynił, ale przed tym czekało go jeszcze dziesięć trwożnych lat, które były ledwie preludium do zdobycia hegemonii w świecie czarodziejów...
komentarze [4]